Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2016

Wpis niekulinarny. Magiczny poranek w lesie

Przed urodzeniem się naszego syna weekendowe poranki należały do mnie i do Dychy. Szłyśmy na godzinny albo i trzygodzinny spacer. Po drodze kawa albo i całe śniadanie. Jeśli tylko pogoda dopisywała (Co oznaczało, że nie lało, bo nasz pies boi się deszczu jakby był z cukru. Każda inna pogoda jest dobra na spacer.) zwiedzałyśmy bliższą i dalszą okolicę.
Razem z urodzeniem się G musiało ulec to zmianie. Nie wszędzie weźmiemy i Młodego i psa, place zabaw to nie miejsce dla Dychy, a od kiedy G odmówił jeżdżenia w wózku to zbyt dalekie spacery też nie wchodzą w grę, bo małe nóżki są szybkie i dzielne ale mają swoje ograniczenia.

Właśnie jesteśmy u kieleckich dziadków G, gdzie dom stoi na skraju lasu i można znaleźć się w raju w mniej niż minutę. Dziś bez przepisu, bo jakoś nic mi się nie łączy z tymi widokami i zimą, która przechodzi w wiosnę.
















niedziela, 7 kwietnia 2013

Ulubione chlebki indyjskie i curry z kurczaka.

Wieki temu byliśmy z B w Berlinie (chyba pora na kolejne odwiedziny). Schodziliśmy go wszerz i wzdłuż, praktycznie nie zahaczając o zabytki czy miejsca kultury. Włóczyliśmy się uliczkami Mitte. Kreuzberg, Charlottenburg czy Plenzlauer Berg . Przesiadywaliśmy w parkach i zatrzymywaliśmy się w piwiarniach, kawiarniach, restauracjach i barach szybkiej obsługi. Było lato i było pięknie, a my mieliśmy cudne towarzystwo, złożone z samych psychologów. Mieszkaliśmy w dalekim od centrum Grunewald, w wielkim opustoszałym hostelu. Po drodze z i do kolejki mijaliśmy wiecznie czynną stację benzynową (z niedostępnymi u nas wtedy i tańszymi niż u nas teraz lodami Haagen Dazs i colą waniliową) i czynną całą noc budkę z pizzą. Bar był turecki, pizza zawsze świeża, prosta i pyszna. A my kupowaliśmy ją na późną kolację albo na na śniadanie. Były to też nieśmiałe początki mojego fioła kulinarnego i Berlin (w porównaniu do nudnej wtedy Warszawy) był odkryciem totalnym, taka różnorodność, tyle możliwości.
Kalejdoskop narodowości a co za tym idzie kuchni. Co chwila jakiś bar czy restauracja przykuwały nasz wzrok, wchodziliśmy do środka, zamawialiśmy hummus, pho, kiełbaski z sałatką ziemniaczaną, kebaby, pierogi, a dalej w kawiarni ciasteczko, lody, mrożony jogurt.
Tylko oszczędzaniu na komunikacji miejskiej i przechodzonych dzięki temu kilometrach, nie przyjechaliśmy do domu z dodatkowymi kilogramami.

W trakcie jednego kulinarnego rajdu szliśmy zapomnianą uliczką za wyspą muzeów, a jeszcze przed wejściem w imprezowy klimat Mitte. Po lewej stronie podświetlany szyld zapraszał na indyjską kuchnię...a że byliśmy głodni to weszliśmy.
To było moje pierwsze zetknięcie z (powiedzmy) autentyczną kuchnią indyjską. Wszędzie pachniało ghee, kolendrą, kurkumą i ostrymi przyprawami. W środku było sporo ludzi, jak na tak zapomnianą okolice. To pierwsze doświadczenie z mutton madras i chicken vindaloo musiałam popić, a właściwie zalać, morzem mangowego lassi i przegryźć puszystymi chlebkami smażonymi na głębokim tłuszczu. Smak tych chlebków prześladował nas długi czas. Szukając próbowaliśmy wszystkich, które serwują restauracje, ale nie był to ani naan, ani paratha ani nawet puri. Po dłuższych poszukiwaniach okazało się, że jest to bhatura (spotykana także pod nazwą bhatoora albo batoora). Chlebek pochodzi z północnej części Indii, smażony jest na głębokim tłuszczu a jego pulchność można uzyskać za pomocą drożdży lub proszku do pieczenia. Bhature na drożdżach robiłam jakiś czas temu i jest dokładnie tym co jedliśmy w Berlinie - puszyste ciasto, pachnące ghee na którym się smażyło - w konsystencji i smaku zbliżone do langos'y, ale lżejsze. Dziś postanowiłam spróbować przepis na proszku do pieczenia. Wśród wielu dostępnych wybrałam ten, który wymagał najmniej zachodu :)
Okazały się cudnie delikatne, leciutkie. Tak dobre, że obawiam się ich powtórki jeszcze w tym tygodniu.

Do chlebków przygotowałam curry z kurczaka wg przepisu z książki Bill's Everyday Asian. W oryginalnym przepisie jest to dość łagodny sos, ja jednak na prośbę Bartka wzmocniłam go 1 porządna łyżkę czerwonej pasty curry. Była moc, drobne łzy w oczach (moich) i duży kubek jogurtu po jedzeniu. Dla Bartka było w sam raz :)


Smażony chlebek indyjski - Bhatura
Źródło: -> TU

Składniki*
zrobiłam z połowy porcji, wyszło 8 sztuk.
500 gr mąki pszennej
100 gr semoliny (opcjonalnie, gdy nie mamy zastępujemy zwykłą mąką)
100 gr jogurtu
3/4 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki oleju - użyłam ghee
Letnia woda
Olej do smażenia.

Przygotowanie

Obie mąki, proszek do pieczenia, sól, cukier przesiewamy do miski. Dodajemy 2 łyżki oleju, jogurt i mieszamy. Zaczynamy dodawać letnią wodę (u mnie około 0,5 szklanki), powoli tak aby uzyskać miękkie, nie lepiące się ciasto.
Zagniecione ciasto zostawiamy w misce, przykrywamy folią i zostawiamy na 2lub 3 godziny w ciepłym miejscu. Jeśli nam się spieszy ciasto będzie gotowe po 45 minutach.
Po tym czasie ciasto staje się miękkie, elastyczne, pozwala się formować i wałkować bez podsypywania mąk.
W głębokim garnku/ patelni rozgrzewamy olej (2 - 3 cm głębokości). Ja wybieram mniejszy garnek, smażę po 1 sztuce.
Ciasto dzielimy na małe porcje i formujemy o kulki (wielkości dużego orzecha włoskiego). Każdą kulkę rozwałkowujemy na placek o grubości 2 mm ( mi wychodziła średnica 10/13 cm). Placek nie powinien być za grupy. Placku wrzucamy na gorący olej,najpierw opadną na dno by po chwili wypłynąć. Po wypłynięciu placuszki polewamy delikatnie tłuszczem - puszą się wtedy i rosną.Po dosłownie kilku sekundach przerzucamy urośnięte chlebki na drugą stronę. Wyjmujemy i wykładamy na wyłożony papierem talerz. Podobnie postępujemy z kolejnymi plackami.

 

Curry z kurczaka z orzechami nerkowca
Źródło: B. Granger, Bill's Everyday Asian

Składniki
20g masła (użyłam ghee)
1 łyżka oleju (pominęłam, ponieważ punkt wyżej)
2 posiekane czerwone cebule
1 łyżeczka soli morskiej
3 drobno posiekane ząbki czosnku
1 łyżka imbiru pokrojonego w drobne słupki
1-2 zielone papryczki chilli drob
2 łyżki curry w proszku
400g puszka pokrojonych pomidorów
1,5 kg kurczaka pokrojonego na kawałki (u mnie piersi i udka bez skórek)
2 łyżeczki cukru
250 ml jogurtu naturalnego
155 gr orzechów nerkowaca (podpieczone i zmielone)
2 łyżeczki sosu rybnego

mój dodatek - duża łyżka czerwonej pasty curry.

Do podania - indyjskie chlebki, ryż i liście kolendry do posypania.

Przygotowanie
Na rozgrzany tłuszcz wrzucamy cebulę, solimy i smażymy na małym ogniu przez około 5-6 minut. Po tym czasie dodajemy imbir, czosnek, papryczki chilli oraz curry w proszku (ja dodałam w tym momencie moją łyżkę pasty curry). Smażymy przez 2 minuty cały czas mieszając. Dodajemy pomidory, kurczaka, cukier i dusimy przez 25 do 30 minut pod przykryciem na małym ogniu. Od czasu do czasu mieszamy.

Po tym czasie dodajemy jogurt, zmielone nerkowce i sos rybny. Gotujemy kolejne 5 minut.

Podajemy z ulubionym dodatkiem i kolendrą.

Smacznego!
 



* W przepisie z linku są magiczne słowa, które w pierwszej chwili bardzo mnie zaniepokoiły. Chwila w internecie i już wszystko jasne :)
Maida - mąka pszenna, zbliżona do naszej zwykłej białej mąki
Rawa (sooji) - semolina
Cured - indyjski jogurt
Dodatkowo uwaga - smażyłam swoje chlebki na oleju roślinnym z dodatkiem jednej czubatej łyżki ghee (dla zapachu i smaku). Dodałam też goi do ciasta w miejscu gdzie jest mowa o oleju. Ja po prostu uwielbiam ten zapach.
Ghee można zrobić samemu w domu, można kupić w sklepach z kuchnią azjatycką, ale dowiedziałam się, od dobrego źródła, że masła klaowane produkcji polskiej też są bardzo ok (nie tylko cenowo) :)

sobota, 4 lutego 2012

Mrozy, mrozy mrozy...

Wszyscy mówią, że za zimno, że źle, że niedobrze. A ja czuję się ok, no może te -20,5 stopnia gdy o 6 rano wychodzę z psem to lekka przesada, ale i tak wolę tak niż miałoby być w okolicach zera. Plucha, zachmurzone niebo i przemoczone buty!! o jak ja nienawidzę przemoczonych butów i soli na chodnikach.
A gdy -20 to wystarczą dwa szaliki, czapka (niezbyt twarzowa, ale ciepła), sweter przy którym ledwo co zapina się kurtka puchowa, rękawiczki, skarpety w ciepłych butach i można spacerować. Koleżanka mówi, że jestem "hardkor", bo nie noszę rajstop pod spodnie - nie noszę, więc troszkę marzną mi łydki...no ale to łydki, nic złego się nie dzieje.


W tygodniu w mroźne poranki tylko przemykam z psem, kłamiąc mu, że zimno i musimy wracać. W weekend, gdy świeci słońce ubieram się ciepło i ciągnę psa na spacer - godzina lub dwie wąskimi uliczkami Żoliborza. Przemieszczamy się klucząc z uliczki do uliczki - Suzina, Felińskiego, Or-Ota, Lisa Kuli, Słowackiego, Aleja Wojska Polskiego, Plac Inwalidów, Słoneczny a czasami w drugą stronę. Błądząc docieramy na Sady Żoliborskie, Kępę Potocką albo na Cytadelę. Rzucamy patyczki, śnieżki - pies biega, ja za psem - jest ciepło.

W zeszłym tygodniu taki spacer sprezentowałam rodzicom przed niedzielnym obiadem. Ruszyliśmy klucząc, marznąć i mrużąc oczy bo nikt nie wziął okularów przeciwsłonecznych. Zmarzły nam trochę poliki i może odrobinę ręce, ale spacer wart był każdej niedogodności a najbardziej zadowolona była Dycha (zdjęć ze spaceru brak). Po drodze skoczyliśmy jeszcze po coś na deser.


Na rogu ulic Generała Zajączka i Śmiałej od jakiegoś czasu znajduje się czekoladziarnia Bluszcz. Przyjemne wnętrze, delikatnie nawiązujące wystrojem do 20-lecia międzywojennego, zapach czekolady i kawy. Przepysznie! Weszliśmy tylko na chwilę, ale warto tam usiąść skusić się na coś gorącego do picia i kawałek ciasta.
Wybraliśmy 10 czekoladek na spróbowanie - orzechowe, z chilli, koniakiem, whisky a nawet żubrówką. Imbirowe i pomarańczowe, truskawkowe i ze śliwką. Z całego kompletu najbardziej smakowała mi ze śliwką i z chilli, zaintrygowała imbirowa.


A wracając do obiadu, obiad zrobił się sam. Mama przywiozła cudowną grzybową, mój kurczak w maślance marynował się przez dobę i wymagał tylko wrzucenia do piekarnika. Wkładkę węglowodanową załatwiły kupne frytki, a sałata z rukoli nie wymaga pracy.

Przepis na kurczaka znalazłam na Smitten kitchen (która to zmieniła przepis Niggeli Lawson). Zamarynowany w maślance, przyprawiony dużą ilością czosnku, czarnego pieprzu i papryki był doskonały - soczysty, aromatyczny, bardzo dobrze się upiekł. Skórka delikatnie maźnięta oliwą z oliwek przed pieczeniem była przyjemnie chrupiąca.


Pieczony kurczak, marynowany w maślance.
Źródło: Smitten Kitchen

Składniki
2 szklanki maślanki
5 ząbków czosnku - obranych i posiekanych
1 łyżka stołowa soli
1 łyżka stołowa cukru
1,5 łyżeczki papryki + extra do oprószenia kurczaka przed pieczeniem (użyłam wędzonej średnio ostrej)
dużo świeżo mielonego pieprzu
około 1,5 kg kawałków kurczaka (użyłam nóg)
Oliwa z oliwek do posmarowania kurczaka przed pieczeniem
Sól w płatkach do posypania przed pieczeniem

Przygotowanie
Wymieszać maślankę z czosnkiem, solą, cukrem, papryką i pieprzem. Kurczaka włożyć do dużej miski, zalać mieszanką maślankową i wymieszać aby wszystkie kawałki pokryły się marynatą. Można też wzorem Nigelli umieścić wszystko w torebce do mrożenia, dobrze wymieszać. Kuczaka w maślance wstawiamy do lodówki minimum na 2 godz maksimum na 48 godzin.

Pieczenie - piekarnik rozgrzewamy do 220 stopni.
Przed pieczeniem wyjmujemy kurczaka z marynaty, dokładnie osuszamy i przekładamy do naczynia do pieczenia. Naczynie można wyłożyć folią aluminiową, ale nie trzeba. Każdy kawałek smarujemy oliwą z oliwek, posypujemy papryką w proszku oraz solą w płatkach.
Pieczemy aż skórka będzie złota i chrupiąca - 30-45 minut w zależności od wielkości kurczaka.

Podajemy z czym dusza zapragnie. Dobrze smakuje też na zimno jako lunch następnego dnia.

Smacznego!

czwartek, 9 czerwca 2011

Smażone kwiaty cukinii

Za co uwielbiam Toskanię i co powoduje, że chcę tam wracać co roku? - JEDZENIE! Sery, warzywa, owoce, wędliny i wino! (pieczywo niestety nie w moim guście). Czosnek, rozmaryn, bazylia ... ich aromaty unoszą się we wszystkich restauracjach. I chociaż miło jest usiąść po całym dniu przy nakrytym stole i próbując ogarnąć wszystkie smakowite propozycje w menu, skosztować w lokalu włoskiej kolacji ... to my z mężem jednak bardzo często woleliśmy poeksperymentować we własnej kuchni i samodzielnie od A do Z odkrywać toskańskie smaki :)

Na każdym wyjeździe towarzyszy nam książka kucharska kuchni włoskiej. W tym roku zabraliśmy ze sobą "Smaki północnej Italii" Marleny De Blasi. M.in. wypróbowaliśmy smażone kwiaty cukinii, które chodziły za mną już od jakiegoś czasu. Niestety w Polsce nie ma do nich dostępu, a tak się przytrafiło, że urlop wypadał nam w sam środek ich sezonowości :)

To niesamowicie proste danie oczarowuje swoją wyjątkowością. Jest delikatne i wyraziste zarazem. Aksamitne ciasto piwne było najsmaczniejszą odmianą ciasta, które smażyłam na głębokim oleju. Kwiaty są soczyste i lekkie. Całość posypana solą morską i podana ze schłodzonym białym winem ... smakowite wspomnienie tegorocznego urlopu :) A o pozostałych smakach Toskanii w następnym poście :)

p.s. w Polsce nie udało mi się do tej pory spotkać z kwiatami cukinii. Ponieważ ciasto jest bardzo wyjątkowe, polecam zamianę w przepisie kwiatów na dowolne warzywo - wyjdzie równie pysznie (próbowałam na plastrach cukinii - pycha!) :)


Składniki:

20 kwiatów cukinii w idealnym stanie (lub inne warzywa)
1,5 szklanki mąki uniwersalnej
piwo (u mnie 3/4 butelki)
sól morska
olej arachaidowy


Przygotowanie:

Przy pomocy nożyczek nacinamy podstawę każdego płatka przy łodyżce, tak by kwiat bardziej się otworzył. Opłukujemy dokładnie kwiaty i układamy je na papierowym ręczniku do odsączenia.

W płytkim, szerokim naczyniu ucieramy mąkę z taką ilością piwa, by powstało ciasto o konsystencji gęstej śmietany. Przykrywamy miskę i odstawiamy na bok.


Rondel wypełniamy na 7,5cm olejem arachidowym i na małym ogniu podgrzewamy. Kwiaty cukinii zanurzamy w cieście, strząsamy jego nadmiar, następnie pojedynczo zanurzamy w rozgrzanym oleju i smażymy na ciemnozłoty kolor z każdej ze stron. Wyjmujemy szczypcami i przekładamy do odsączenia na papierowym ręczniku.

Podajemy ciepłe, posypane solą morską, z kieliszkiem idealnie schłodzonego wina. Pycha!


Smacznego!

piątek, 12 listopada 2010

Zuzanna lubi je tylko jesienią ...

- W Paryżu najlepsze kasztany są na Placu Pigalle.
- Zuzanna lubi je tylko jesienią.
- Przesyła Ci świeżą partię.

"Stawka większa niż życie" (youtube.com
)


Kasztanów z Placu Pigalle nie jadłam, ale te z domowego piekarnika zrobiły na mnie tak niesamowite wrażenie, że przez chwilę zapomniałam się wędrując krętymi uliczkami Paryża. Zanurzając dłoń w papierowej torebce pełnej ciepłych kasztanów, znalazłam się wśród kramów przedświątecznego kiermaszu, pomiędzy migającymi lampkami zawieszonymi na latarniach, z ciepłą czapką na uszach i grubym szalikiem, ukrywając twarz przed mocnymi podmuchami śniegu ...

Warszawski deszczowy wieczór upłynął nam w bardzo ciepłej atmosferze - przy pysznej przekąsce ... i ciekawych książkach*.


Pieczone kasztany

1/2kg jadalnych kasztanów

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Kasztany nacinamy na wierzchołkach i przekładamy na blachę.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy ok 20 minut.
Upieczone kasztany jeszcze ciepłe obieramy ze skorupki.

Smacznego!


"Jak Wam się podoba" to cudowna mała księgarnia z dużym wyborem albumów o sztuce, fotografii, architekturze i modzie. Jakiś czas temu, po kilkuletniej przerwie odkryłam ją na nowo, zakupując kilka ciekawych, pięknie wydanych tytułów. Właściciel księgarni jest m.in. polskim przedstawicielem wydawnictwa TASCHEN, którego albumy polecam przede wszystkim. Mogą być cudownym prezentem dla najbliższych na zbliżającą się Gwiazdkę. Polecam!


czwartek, 9 września 2010

Libańskie Lahem Mechwi (szaszłyki wołowe)

Jest taka restauracja w Warszawie, gdzie jako zimne przystawki dostajemy m.in. tabbouleh - libańską sałatkę z natki pietruszki, hommous (najlepszy jaki jadłam do tej pory), pastę z pieczonych bakłażanów z sosem sezamowym, duszone kawałki kurczaka z warzywami, czy domowy ser libański na ostro. Następnie pojawiają się małe talerzyki z gorącymi przekąskami: Fatayer – ciasto francuskie nadziewane szpinakiem, Sambousik Jebne - ciasto smażone nadziewane serem, Lahem Bel’ajin - pieczone ciasto nadziewane mielonym mięsem. W tym momencie mój żołądek mówi "litości" ale oczy jadłyby już główne danie, którym jest półmisek z faszerowaną cukinią w sosie pomidorowym, szaszłyki z kawałków kurczaka czy gołąbki z białej kapusty, nadziewane mięsem, duszone w sosie czosnkowo-cytrynowym. Błogość ....

To nie koniec atrakcji. Przenosimy się do wydzielonej loży z tysiącami miękkich poduszek, ciężkich zasłon i dużego okrągłego stołu. Na stole czeka na nas talerz libańskich deserów (baklawa, Lajali Lebnan, oryginalna arabska chałwa), herbata przyprawiona w charakterystyczny sposób oraz rozpalona szisza ... mhhhh niezapomniana kolacja zaaranżowana przez męża.

Po przestudiowaniu internetu okazało się, że kuchnia libańska jest bardzo przystępna dla takiego laika jak ja :) Dziś pierwsze podejście (nie licząc stałego bywalca naszego stołu jakim jest hommous) - szaszłyki wołowe. Polecam!


Składniki (dla 4 osób):

800g mielonego mięsa wołowego
1 cebula
1 pęczek kolendry
kolendra w ziarnach
suszony imbir
suszony tymianek
sól/pieprz
1 łyżka mąki
oliwa z oliwek
2 pomidory


Przygotowanie:

Obraną cebulę kroimy w kostkę i szklimy na 1 łyżce oliwy. Dodajemy posiekaną kolendrę, mieszamy i pozostawiamy do przestygnięcia. Mięso przekładamy do miski. Dodajemy cebulę, mąkę i przyprawy (ilość wg uznania). Dodatkowo doprawiamy solą i pieprzem. Całość dokładnie mieszamy na jednolitą masę. Z gotowego mięsa formujemy walcowate kotleciki o długości ok 10cm, nadziewamy na wykałaczki i odstawiamy na 1 godzinę do lodówki.

Piekarnik nastawiamy na 180stopni. Po godzinie szaszłyki wyjmujemy z lodówki i przekładamy do żaroodpornego naczynia delikatnie natłuszczonego oliwą. Pomidory kroimy w plastry i układamy na przemian z poukładanym mięsem. Podlewamy delikatnie oliwą. Pieczemy ok 30 minut.

Smacznego!

piątek, 22 stycznia 2010

Pleśniak z owocami ... wspomnienia pewnego wrześniowego weekendu

Ostatnio przeglądając stare zdjęcia w komputerze, jeden album porwał mnie w sentymentalną podróż do Kołodziąża, gdzie we wrześniu spędziłyśmy z Martą (co_zerka) i naszymi panami cudowny weekend na wsi. Właśnie sobie uzmysłowiłam, że to wtedy po raz pierwszy doszło do naszego wspólnego gotowania a w głowach powoli rodził się pomysł na założenie wspólnego kulinarnego bloga. Makaron z sosem pomidorowym i z tuńczykiem czy poranna jajecznica przygotowane na kaflowym piecu, popołudniowe grillowanie na zielonej trawce, czy podjadanie orzechowych ciasteczek na rozkładanych krzesłach po środku lasu ... cudowny kulinarnie (i nie tylko) weekend. Koniecznie do powtórzenia !!!

Kulinarne przygotowania do weekendu na wsi zaczęłyśmy już w dniu wyjazdu w domu. Marta wypiekła pyszne domowe chlebki a ja przygotowałam dużą blachę pleśniaka. I dziś właśnie o pleśniaku ...



Zazwyczaj przygotowuję go z samym dżemem. Wtedy mając w domu mały koszyczek świeżych czarnych porzeczek (uprzednio zainspirowana przepisem na pleśniaka z blogu Moje Wypieki) postanowiłam zaeksperymentować i dodałam owoce do ciasta. Było warto. Ciasto nabrało bardziej kwaskowatego smaku .... mniam. Ponieważ w styczniu trudno o świeże porzeczki, tym razem wykorzystałem te z mrożonki owoców leśnych. Czarne porzeczki z opakowania trafiły do pleśniaka, truskawki do porannego koktajlu z mlekiem sojowym a wiśnie do muffinków czekoladowych. Nic się nie zmarnowało :)

Poniżej przepis ... i wspomnienia :)

Składniki:

200g masła
4 duże jajka (osobno białka i żółtka)
3 szklanki mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2/3 szklanki + 2 łyżki drobnego cukru
szczypta soli
2 łyżki kakao
słoiczek gęstego dżemu z czarnej porzeczki
200g świeżych owoców czarnej porzeczki



Przygotowanie:

Do miski przesiewamy mąkę z proszkiem do pieczenia. Schłodzone masło wkroimy do mąki i opuszkami palców rozcieramy składniki, aż zaczną przypominać zacierki. Dodajemy 2 łyżki cukru, szczyptą soli, 4 żółtka. Zagniatamy ciasto. Następnie dzielimy je na 3 części, do jednej z nich dodajemy kakao i ponownie zagniatamy. Formujemy 3 kule i wkładamy na 20 minut do lodówki do stwardnienia.

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni (bez termoobiegu).

Wcześniej schłodzone białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Pod koniec ubijania dodajemy 2/3 szklanki cukru.

Blachę (o wymiarach 24cm x 32cm) wykładamy papierem do pieczenia. Pierwszą część schłodzonego jasnego ciasta ścieramy na tarce (duże oczka) na dno formy. Warstwę smarujemy dżemem i posypujemy owocami (wykorzystując mrożonkę, należy je wcześniej rozmrozić). Następnie ścieramy ciemną część ciasta z kakao, a na niej delikatnie układamy pianę z białek. Na wierzch ścieramy ostatnią, jasną część ciasta.

Tak przygotowane ciasto wkładamy na 45minut do nagrzanego piekarnika. Po upieczeniu pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia, a przed podaniem możemy oprószyć je cukrem pudrem.



Smacznego :)

Koniecznie do powtórzenia ...



sobota, 9 stycznia 2010

Paella prawie Marinera

Dziś inspiracją naszego obiadu były fotograficzne wspomnienia wycieczki po Hiszpanii, którą odbyliśmy 4 lata temu. W 3 tygodnie zjechaliśmy samochodem 3/4 kraju, robiąc 6tys kilometrów. Niezapomniane wakacje! Uwielbiam tego typu wypoczynek. Wysiadasz z samolotu, wsiadasz do wypożyczonego auta, otwierasz mapę, wodzisz po niej palcem rozmyślając to dziś może pojedziemy do .... Spaliśmy na kempingach i w tanich motelach, żywiliśmy się w małych knajpkach i supermarketach, zwiedziliśmy zabytkowe perełki Hiszpanii, oraz miejsca nieopisywane w przewodnikach ... ach, rozmarzyłam się. Potrzebuję chyba wakacji :)

Kuchnia hiszpańska wywodzi się ze specjalności regionalnych. Fabada (pikantna kombinacja duszonej wieprzowiny i fasoli) to wizytówka północnej części państwa, Patatas a la importancia (ziemniaki maczane w jajku i smażone, a następnie gotowane w winie z dodatkiem szafranu) może pochwalić się środkowa część Hiszpanii, natomiast paella to popisowe danie śródziemnomorskiej kuchni wschodniego wybrzeża kraju.

Tradycyjną hiszpańską paellę (specjalność Walencji) przyrządza się zazwyczaj w dużej i płytkiej patelni. Hiszpanie używają do niej specjalnego krótkoziarnistego ryżu przyprawionego szafranem. Przygotowywana jest z różnymi dodatkami: owocami morza, kawałkami ryb, kurczaka, królika, pomidorami oraz fasolą.



Paella Marinera zawiera najczęściej krewetki, małże i kawałki ryby. U mnie dziś w wersji mini, czyli z samymi krewetkami ... ale zachęcam do eksperymentowania.

Składniki:

20 dag ryżu
1 cebula
2 ząbki czosnku
4 łyżki oliwy
1,5 szklanki bulionu warzywnego
50 dag krewetek
1/2 puszki kukurydzy
1 duża garść zielonych oliwek
1 puszka pomidorów
1 łyżka masła
szafran (u mnie kurkuma)
sos rybny
sól, pieprz



Przygotowanie:

Cebulę i czosnek należy obrać, posiekać, zeszklić na oliwie. Dorzucamy ryż i smażymy, aż wchłonie oliwę i lekko zbieleje. Następnie dodajemy kukurydzę, pokrojone oliwki i pomidory. Dorzucamy krewetki (plus ewentualnie inne owoce morza). Wszystko zalewamy bulionem wymieszanym z masłem i kurkumą. Dodajemy sos rybny do smaku. Czekamy aż się zagotuje i zmniejszamy gaz. Paella powinna gotować się do momentu uzyskania miękkiego ryżu (ok 30min). NIE MIESZAMY! Jeżeli zaistnieje taka potrzeba, podlewamy ją bulionem by uniknąć przypalenia. Podajemy np. posypaną natką pietruszki.



Smacznego!

niedziela, 6 grudnia 2009

Kulinarne wspomnienia z Japonii

Tak jak obiecałam wczoraj, dziś troszkę kulinarnych wspomnień z naszej podróży poślubnej do Japonii. Spędziliśmy tam ponad 3 tygodnie i jeszcze nam mało. Kulinarnie Japonia zaskoczyła nas różnorodnością ... od dań tradycyjnych, po dania nowoczesne zainspirowane kuchnią amerykańską i europejską. Najlepszym przykładem jest sushi - w tradycyjnych restauracjach podawane z wasabi i imbirem, a w barach i na tackach sklepowych do zakupienia z majonezem, pieczonym kurczakiem i kukurydzą :)

Poniżej krótkie (bardzo krótkie) streszczenie naszych doświadczeń z szeroko pojętą Kuchnią Japońską ...

Tradycyjna japońska kolacja. Mieliśmy okazje być poczęstowani tym uroczystym posiłkiem na Koya-San (miejsce położone wśród kęp czarnego cedru na wysokości 900 m n.p.m., które jest najbardziej czczonym w Japonii ośrodkiem kultu buddyjskiej sekty Shingon), gdzie nocowaliśmy u mnichów. W świątyniach wszystkie podawane posiłki są wegetariańskie. Na zdjęciu m.in. zupa miso, marynowane tofu, marynowane nori, Natto (soja podawana fermentacji), Umebosbi (suszone śliwki), duszona Bakusai (kapusta pekińska), marynowane Kyuri (ogórek), duszona Kabocha (kabaczek) oraz tradycyjny ryż i herbata - matcha.



W Japonii odwiedziliśmy mnóstwo barów - takich typowych miejsc, do których trafiają Japończycy po pracy na ciepły posiłek. Głownie były to bary makaronowe, w których podaje się dania z dwoma rodzajami makaronów: Soba (makaron gryczany) lub Udon (jasny makaron pszenny). Udon posmakował nam bardziej :). Jest on podawany na wszelakie sposoby, np. w przyprawionym bulionie Dashi, z kawałkami smażonego tofu albo z krewetkową tempurą, grzybami shiitake i jajkiem. Czasami makaron podawany jest na zimno, np. wzbogacony o krewetkową i warzywną tempurę. Poniżej bary w Kioto, Hirosimie i na wyspie Miya Jima.



Może się to wydać dziwne, ale Japończycy uwielbiają chińską kuchnię. Bary chińskie są na każdym rogu. Najczęściej serwują one makaron Ramen (cienki makaron w bulionie drobiowym lub wieprzowym np. z kawałkami pieczeni wieprzowej, porem, szpinakiem i roladkami rybnymi), Shumai (chińskie duszone pierożki z nadzieniem wieprzowym) lub Yakimeishi (smażony ryż z dodatkami). Poniżej chiński bar w Himeji.



Będąc w Tokio trafiliśmy na największy na świecie targ rybny Tsukiji. Jest on położony we wschodniej części miasta. Ponieważ jest to oficjalny targ hurtowy, każdego ranka w godzinach 5:00-10:00 odbywają się aukcje prowadzone przez handlarzy z całego świata. Codziennie na 1700 straganach zaopatruje się 15.000 restauratorów i sprzedawców. Do wyboru mają 450 gatunków ryb i owoców morza. Specjalnością targu są potężne mrożone bloki Maguro (tuńczyka) sprowadzane z Nowej Zelandii i północnego Atlantyku.



Po zwiedzeniu targu trafiliśmy do tradycyjnego baru sushi. Miejsce to reklamowało się szyldem, mówiącym, że wszystkie ryby pochodzą z porannych aukcji. To nam wystarczyło. Mieliśmy okazję zjeść najświeższe sushi w życiu ... było warto :) Zacznijmy od tego, że smak zjedzonych tam ryb pamiętam do dzisiaj. To co serwują nam w Polsce na pewno nie można nazwać świeżą rybą...niestety :(
Na zdjęciu poniżej m.in. Temaki-zushi (ręcznie zawijany w duży rożek) z Hokkigai (rodzaj małży), Nigiri-zushi (cienkie plastry surowej ryby wykładane na uformowane paluszki ryżu sushi z cienką warstwą wasabi po środku) z Maguro (tuńczyk), Hirame (tubot), Ebi (krewetka), Ika (kalmar), oraz Tamagoyaki (omlet na słodko) i Gari (marynowany imbir).



Oprócz restauracji, barów i kawiarni, w Japonii na każdym kroku stoją budki i kramy z wszelakimi szybkimi przekąskami. Ale nie hotdogi czy hamburgery, tylko np. ostrygi z grilla :)



Bary i restauracje japońskie zachęcają swoich gości do korzystania ze swoich usług za pomocą przepełnionych witryn z atrapami dań z menu. Niektóre wyglądały "jak żywe".



W sklepach spożywczych czekały na nas różne ciekawostki. Na zdjęciu przegryzka z suszonej ośmiornicy, ryżowe sandwich'e lub chipsy z glonami.



Oj mogłabym pisać i pisać ... wspomnień i zdjęć w komputerze tysiące. Ale zostawię sobie te pozostałe sentymenty na następny raz.

Poniżej przesympatyczny właściciel przydrożnego baru, który poczęstował nas kawą i Wagashi (japońskimi słodyczami) o których w kolejnych wspomnieniach ...

poniedziałek, 2 listopada 2009

Na już i na teraz....między słowami...

Kawiarnia Między Słowami ukrywa się w bramie przy ulicy Chmielnej w Warszawie. Lubię usiąść tam i chwilę odpocząć od pędu i gwaru miasta -w letnie dni w uroczym ogródku, w chłodniejsze w ciepłym i przytulnym wnętrzu.
Między Słowami to takie miejsce na babskie pogaduszki przy kawie lub kieliszku wina, to gwarna i wesoła atmosfera miejsca pełnego studnetów, to zakochane pary przytulające się na kanapie. To pyszna herbata z imbirem i moja ulubiona sałatka. Sałatka prosta i oczywista, połączenie smaków w sam raz dla mnie.

Z czerwonym winem nagroda za dzisiejszy dzień :)
Sałatka "Między Słowami"

Rukola /albo mix sałat- młody szpinak, roszponka, rukola, radicchio, sałata/
Orzechy włoskie
Pomidory suszone /oryginalnie koktajlowe, ja używam suszonych/
Ser pleśniowy /gorgonzola, lazur/
Oliwa z oliwek /albo oliwa spod suszonych pomidorów/
Ocet balsamiczny

Przygotowanie:
Orzechy włoskie z grubsza siekamy
Pomidory koktajlowe przecinamy na pół, suszone kroimy w paseczki. Jeśli używamy suszonych pomidorów, ale nie w oliwie, warto pomoczyć je chwilę w oliwie aby nasiąknęły i zrobiły się miękkie i "soczyste". Oliwę wykorzystujemy do polania sałatki.
Ser pleśniowy rozdrabniamy

Na talerzu układamy rukolę, posypujemy dodatkami. Na koniec skropujemy oliwą z oliwek i octem balsamicznym. UWAGA! Jeśli mamy dobry, gęsty ocet balsamiczny, nie musimy nic dodawać, wystarczy polać nim wszystko (do smaku). Jeśli mamy ocet średniej jakości (bardzo rzadki, kwaśny) dobrze połączyć go z odrobiną miodu - będzie słodszy i gęstszy.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...