Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prywatnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prywatnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 marca 2017

Z życia rodzica i czekoladowe ciasto bananowe

Pod koniec poprzedniego roku nasze stado się powiększyło. Jest już nas pięcioro. Nasza dwójka, psia córka Dycha, Młody i Młoda - zwana Niedźwiadkiem albo Bombelkiem ;) Spodziewaliśmy się wszystkiego, byliśmy przygotowani na armagedon, płacz i huśtawkę hormonów. Szczerze liczyliśmy (chociaż B twierdzi, że to ja liczyłam, bo on wiedział, że będzie świetnie), że będzie mocno trudno. Na razie jednak, poza wiecznym niewyspaniem i zmęczeniem, jakoś dajemy radę. Powolutku załapujemy rytm, uczymy się siebie nawzajem i staramy się aby wszyscy byli tak samo zadbani, wymiziani, wyprzytulani, wykochani i uśmiechnięci.

Tyle nowości z życia rodzinnego:) teraz pora na nowości "wasabowe". Do Moniki i mnie dołącza Ola. Ola podróżniczka, kulinarna pozytywna dusza, żona M i mama super słodkiego Sz, emanująca zajebistością i zarażająca pewnością siebie. O Oli wspominałam już na Wasabi ; TU i TU i TU i TU. Co mogę jeszcze dodać, to moja przyszywana siostra.

Wracając do gotowania  :)

Wczesna edukacja kulinarna, przesiadywanie w kuchni od pierwszych dni życia, programy Nigelli i Anthonego Bourdaina puszczone na padzie w każdej wolnej chwili przez matkę (A ulubionym youtobowym kucharzem G jest Paweł Małecki i jego przepisy dla jednej sieci sprzedaży) sprawiły, że Młody uwielbia gotować. Zupa z ciastoliny i patyczków, pieczenie drewnianych warzywek i przygotowywanie ciasta z domowego piasku (mąka z olejem - cudo!) to zabawy pokojowe, w kuchni Młody kroi warzywa (obiadowym nożem), miesza, przelewa, ubija, rozbija jajka i odmierza. Z dnia na dzień bałagan jest coraz mniejszy a potrawy coraz bardziej skomplikowane (przygotowanie trwa dłużej, trzeba czekać na efekty, staranniej mieszać itp).
Wspólne gotowanie to tez rozwiązanie na brak czasu. Dla G to zabawa, dla nas czas spędzony razem na rozmowie i nauce a przy okazji możemy przygotować obiad, deser czy śniadanie.
Niestety nie zawsze przekłada się to na preferencje kulinarne - pokroi kalafiora, ale go nie zje, pokruszy biały ser, ale go nie tknie - taki z niego kucharz.

Ostatnio upiekliśmy ciasto, oczywiście czekoladowe, bo to ulubiony "słodki" smak G. Pisze słodki w cudzysłowie, bo Młody ceni szczególnie wytrawny smak czekolady. Ciasto które upiekliśmy opiera się na bananach, niesłodzonym musie jabłkowym i dużej ilości naturalnego kakao. Co prawda jest w nim cukier, ale myślę, że można się go pozbyć albo ograniczyć jeszcze bardziej (ja zmniejszyłam z 2/3 cup do niepełnego 1/2 cup i uważam, że może być mniej słodko). W swojej wersji ograniczyłam też prawie o połowę ilość czekolady w cieście i dopełniłam orzechami laskowymi, nie posypałam też ciasta czekoladą...jakoś za dużo tego dobra dla mnie było.



Podwójnie czekoladowe ciasto bananowe z orzechami
Źródło: Super Healthy Kids

Składniki:
3 średnie banany (u mnie mocno dojrzałe)
3/4 cup brązowego cukru (ja dałam niepełne 1/2 cup i myślę, że można dać jeszcze mniej)
1/2 przecieru z jabłek (applesauce, dodałam jabłka ze słoiczka dla dzieci)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 duże jajo
1 cup mąki
1/2 cup kakao
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki soli
1 cup/ około 175 g groszków czekoladowych. Ja dodałam 100g drobno posiekanej czekolady i 60 g posiekanych orzechów laskowych
1/2 cup groszków czekoladowych (pominęłam)

Przygotowanie:
Piekarnik rozgrzej do 175 stopni, blachę o wymiarach 20x20cm (u mnie 24x24cm) wyłóż papierem do pieczenia albo nasmaruj tłuszczem.
W misce połącz mąkę, kakao, sodę oraz sól. W drugiej misce utrzyj mikserem banany razem z cukrem do momentu rozpuszczenia sie cukru (wydaje mi się, że można to zrobić widelcem), dodaj przecier z jabłek, jajko oraz ekstrakt waniliowy. Miesza jaż do połączenia się składników. Następnie dodaj suche składniki i mieszać aż do połączenia się składników. Na końcu wmieszaj czekoladę/orzechy.
Przelej masę do formy i piecz 25/35 min, aż środek ciasta będzie upieczony (patyczek nie będzie do końca suchy, szczególnie gdy trafi się na kawałek czekolady). Ciasto można upiec w keksówce, wg autorki przepisu czas pieczenia zwiększa się do około 1h.




sobota, 27 lutego 2016

Wpis niekulinarny. Magiczny poranek w lesie

Przed urodzeniem się naszego syna weekendowe poranki należały do mnie i do Dychy. Szłyśmy na godzinny albo i trzygodzinny spacer. Po drodze kawa albo i całe śniadanie. Jeśli tylko pogoda dopisywała (Co oznaczało, że nie lało, bo nasz pies boi się deszczu jakby był z cukru. Każda inna pogoda jest dobra na spacer.) zwiedzałyśmy bliższą i dalszą okolicę.
Razem z urodzeniem się G musiało ulec to zmianie. Nie wszędzie weźmiemy i Młodego i psa, place zabaw to nie miejsce dla Dychy, a od kiedy G odmówił jeżdżenia w wózku to zbyt dalekie spacery też nie wchodzą w grę, bo małe nóżki są szybkie i dzielne ale mają swoje ograniczenia.

Właśnie jesteśmy u kieleckich dziadków G, gdzie dom stoi na skraju lasu i można znaleźć się w raju w mniej niż minutę. Dziś bez przepisu, bo jakoś nic mi się nie łączy z tymi widokami i zimą, która przechodzi w wiosnę.
















niedziela, 14 lipca 2013

Wpis sentymentalny - mieć znowu 5 lat :)

Tak na chwilę, tak na momencik, mieć 5 lat. Przed sobą niekończące się wakacje, dni wypełnione bieganiem na bosaka, łapaniem żab i jaszczurek, ganianiem kur, robieniem babek z piasku. Kłótnie z rodzeństwem przeplatać zgodnym jedzeniem czerwonych porzeczek z krzaka i wyjadaniem maku prosto z makówki (to chyba dziś zabronione). Popołudniową drzemkę spędzać w cieniu, gdy babcia/mama/tata czyta "Dzieci z Bullerbyn", "W pustyni i w puszczy" albo "Księgę dżungli". Wieczorem iść do cioci, po mleko prosto od krowy. A gdy dorośli oglądają "Dynastię" poganiać się z kuzynami, pobrudzić czystą sukienkę i wrócić do domu z otartym kolanem. Zasypiać w połowie słowa i budzić się z czystą i spokojną głową.

buraczki od Pani Basi i Pana Kazia

Tak na chwilę, choćby we śnie...mieć znowu 5 lat.

Mam takie potrawy, które w magiczny sposób cofają mnie do dzieciństwa. Wspomnienie o nich otwiera odpowiednie szufladki w głowie. Parzaki z jagodami - wieczorne podróże po mleko, bieganie z kuzynami i spijanie jeszcze ciepłej śmietanki "od wściekłej krowy", ciasto z rabarbarem - prodiż, babcia Cz i czytanie książek po zacienionej części domu, a do tego herbata miętowa - słodka, lepka i zimna. Kanapki z polędwicą, zupa szczawiowa, pierogi i pyzy z serem, mogłabym wymieniać dalej - śliniąc się i uśmiechając. To cała masa wspomnień i emocji, które nie tylko wywołują głód i głupkowaty uśmiech. To chwile gdy uświadamiam sobie, że już nie biegamy na bosaka a babcie nie straszą nas diabłem w studni, że "to se nie vrati" i że bliżej nam do bycia rodzicami niż dziećmi.

Inne okno, inny widok - ten sam dom, ta sama energia.

Ten weekend był szczególny pod wieloma względami. W ten weekend zabawiłam się w córkę i wnuczkę i z pełną premedytacją wepchnęłam mamę i babcię do kuchni. Był rosół i był barszcz i właśnie o tym drugim dziś będzie.

To nie jest wykwintne i odkrywcze danie, to prawdopodobnie nie jest nawet "najsmaczniejsze" na świecie danie. Jest to jednak dokładnie ten smak, który odkrywaliśmy z braćmi gdy mieliśmy swoje 2, 3 czy 5 lat. Siedzieliśmy przy stole, siłą do niego zaciągnięci, zmordowani, rozpaleni słońcem i ani trochę głodni. Buzie nam się nie zamykały, aż pojawiał się on - barszcz z ziemniakami. Robiła go prababcia a my pochłanialiśmy jeden talerza a następnie dokładkę. Dorośli kręcili głowami, że tyle potrafimy zjeść. Stół stał pod oknem, mieściły się przy nim 3 osoby, w oknie była firanka a widok był (jest) na dom sąsiada.

Jedyne zdjęcie barszczu (niestety bez skwarek)

Barszcze czerwony zabielany.
Źródło: prababcia Stefa, babcie Czesia i Halinka :)

Składniki 
siłą wyciągnięte i ustalone proporcje. Całość na oko i doświadczenie.

1 kg obranych buraków
1.5 litra wody
1 łyżka* octu spirytusowego (tak, tak, nie jabłkowy, nie winny, spirytusowy!)
0,5 łyżeczki** soli
cukier do smaku
1 opakowanie śmietany 18% (w oryginale była lekko kwaśna, zbierana z bański)
szczypta mąki pszennej (aby się nie zważyła śmietana)

Jako dodatki: gotowane ziemniaki - utłuczone, skwarki albo z braku skwarek zrumieniona cebulka.

Przygotowanie
Obrane buraki kroimy w słupki albo w plastry. Wkładamy do garnka, zalewamy wodą. Gotujemy na bardzo, bardzo małym ogniu około godziny. Pamiętamy by się buraki za mocno nie gotowały, bo zbrązowieją, zdejmyjemy szumowiny gdy się pojawią. Gdy buraki będą miękkie dodajemy sól i ocet - jednocześnie. Nie mieszamy (nie wiem dlaczego, ale dopytam). Czekamy aż barszcz naciągnie smakiem, sprawdzamy (wtedy już chyba można zamieszać) czy nam smakuje, dodajemy wg uznania octu, soli czy cukru.
W miseczce łączymy śmietanę z mąką, hartujemy ją chochelką gorącego barszczu. Wlewamy śmietanę do gotującego się (na bardzo małym ogniu) barszczu, chwilę odczekujemy i możemy jeść.

Podanie: na środek talerza nakładamy ziemniaki, zalewamy barszczem (tak by cześć ziemniaków pozostała nietknięta - nie chodzi tu o względy estetyczne a smakowe), na koniec posypujemy ziemniaki skwarkami (nie mogą nasiąknąć barszczem, mają pozostać chrupiące).
Jemy i cofamy się o 28 lat :)

*/** - do smaku i na oko. Po długich rozmowach babcia przy pomocy mamy ustaliły, że zacząć należy od takiej ilości, a potem dodawać do smaku. Dla mniej odważnych - zacznijcie od połowy tego co napisałam :).

wtorek, 28 czerwca 2011

Baklava

Baklawa, to nie jest słodki ulepek, sprzedawany w kebab barach. To jest ambrozja, której słodycz jest złożona, syrop leje się po rękach a ciepło rozchodzi się po całym ciele. Baklawa odurza, a z szklanką mocnej tureckiej herbaty wręcz uwodzi.
Muszę jednak przyznać, że był taki czas, kiedy za nią nie przepadałam, zjadłam, ale żeby się zachwycać. Sprzedawana w barach, za słodka, za sucha i mdła. Chyba przez wspomnienie tej pierwszej spróbowanej baklawy unikałam jej jak ognia. Wolałam inne desery (chociaż te orzechowe należą do moich ulubionych) i nie spróbowałam jej nawet na Bałkanach. Wstyd :(

To się jednak zmieniło w momencie zrobienia pierwszej domowej baklawy. Z ciasta kora* przywiezionego od Babci Pana B. Ciasto wygląda jak domowy wyrób - jego płaty są nierówne, popękane, drą się w dłoniach, wysychają i zmuszają do traktowania ich z ogromną delikatnością a jednocześnie ze zdecydowaniem. Przygotowywanie czegokolwiek z tego ciasta jest zabawą w układankę - dosztukuję, uzupełnię, dokleję.
Ciasto jest natomiast wspaniałe (chociaż muszę przyznać, że nie mam porównania, bo ciasto zawsze przyjeżdża do nas z Serbii), lubię z nim pracować.


Zresztą do tego ciasta mam stosunek osobisty. Z Babcią Pana B, przejeżdża pół Europy, starannie zapakowane, przewożone w ilościach hurtowych aby w żadnym z bliskich domów go nie zabrakło :)

A sama baklawa, jest inna niż te w kebabie - słodka, nawet bardzo, natomiast mniej ulepkowata. Dodaję do niej kardamon, wanilię, goździki, cynamon i odrobinę soku z cytryny. Dzięki temu ostatniemu, pomimo swojej ogromnej słodyczy deser jest wyrazisty i świeży - przepyszny.

Robiąc baklawę korzystam z połączenia z dwóch przepisów Komorki i Beaty Lipov. Baklawę robię w dużej prostokątnej formie (30-40 cm), podwajam do niej ilość orzechów i syropu. Przepis przedstawiam jednak bez tych zmian.


Baklava
wg przepisów Komorki i Beaty Lipov

Składniki:

Ciasto
500 g ciasta kora, kori lub filo.
300 g roztopionego masła

Nadzienie
ok. 300 g orzechów (włoskich, pół na pół włoskich i migdałów lub pistacji)
2 łyżki cukru,
1/2 łyżeczki cynamonu,
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu,
1/4 łyżeczki mielonych goździków

Syrop:

400 g cukru
250 ml wody
2 opakowania cukru waniliowego
sok z 1 cytryny
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu lub kawałek kory cynamonowej,
5 goździków
2 nasiona kardamonu - lekko rozgniecione


Przygotowanie:
Orzechy utłuc w moździerzu (lub zmielić), nie powinny jednak być zbyt drobne. Wymieszać z cukrem i przyprawami.
Ciasto przyciąć do kształtu formy (okrągła o średnicy 30 cm, prostokątna 30/40 cm, lub blacha z piekarnika).
Połowę** ciasta układać po jednym arkuszu w formie (nie trzeba jej wcześniej natłuszczać), każdy smarując roztopionym masłem.
Najlepiej zacząć od całych płatów ciasta, następnie wykorzystać okrawki, które zostały z przycinania, ostatnia warstwa to znów cały arkusz.
Gdy połowa ciasta znajduje się już w formie, należy wyłożyć orzechowe nadzienie i równo rozprowadzić je po całej powierzchni ciasta.
Na orzechowe nadzienie ułożyć pozostałe ciasto, tak jak poprzednio, arkusz po arkuszu, smarując masłem.
Gdy całe ciasto jest już wykorzystane, należy naciąć bakławę ostrym nożem, w niewielkie romby. To ważny moment, wszystkie warstwy powinny być dokładnie przecięte.
W nacięcia wlać pozostałe masło, jeśli stężało, delikatnie je podgrzać, doprowadzając ponownie do stanu płynnego.
Bakławę piec ok. 40 minut w piekarniku nagrzanym do 180 st.C. Po 15 minutach należy ją przykryć papierem do pieczenia, żeby zbyt się nie przyrumieniła. Odstawić do całkowitego wystygnięcia.
Zimną bakławę zalewa się gorącym syropem. Żeby go przygotować, należy do garnka wsypać cukier, zalać go wodą i doprowadzić do wrzenia. Gotować 3 minuty, dodać sok z cytryny i cukier waniliowy, wymieszać, odstawić z ognia.
Gorącym syropem zalać wystudzone ciasto. Zostawić na 2 dni, żeby bakława dobrze przeszła syropem.

Smacznego!


* kora w Serbii, kori w Bułgarii, filo w Grecji
** można też ciasto podzielić na 3 części (czyli po 5 lub 7 płatów ciasta) i farsz na 2 tak jak w przepisie Komorki
*** syrop i baklava. Są dwie metody (pisała o nich Komorka). Upieczone zimne ciasto zalewamy gorącym syropem lub gorące ciasto zalewamy syropem zimnym. Mi bardziej odpowiada opcja pierwsza.

piątek, 20 maja 2011

Dla moich kochanych Dziewczyn :)

Po tym weekendzie miałam zakwasy od śmiechu, bolały mnie mięśnie brzucha i poliki. Wróciłam cała pogryziona przez komary, szczęśliwa, rozbawiona, wypoczęta. Naładowana pozytywną energią, zainspirowana i zmotywowana. Potrojona dawka tego wieczoru przy krakersach.


Moje kochane Dziewczyny i czas wypełniony prostymi i leniwymi rozrywkami - bujanie w hamaku, popijanie musującego wina, piwa z syropem, drinka z ogórkiem, wyleganie się na trawie, oglądanie mało ambitnych filmów i rozmowy, rozmowy, rozmowy ....i jedzenie. Jedzenie z lenistwa proste, nie wymagające pracy, robiące się same...wszystko by móc rozmawiać :)
Weekend był dokładnie tydzień temu, a my już planujemy edycję jesienną wyjazdu :]



Na niedzielny poranek były placuszki na maślance :) Powiem szczerze, że chyba najlepsze paluszki jakie jadłam. Mięciutkie, puszyste, wspaniałe!!! Dodałam mniej cukru, więc pasował do nich słodki dżem a w czasie smażenia nie przypalały się. Cudowne!!! ale chyba to już pisałam :)


Placuszki na maślance
przepis z Moje Co nieco

Składniki:
1 i 1/4 szklanki mąki
1 jajko
1 i 1/4 szklanki maślanki
1/4 szklanki cukru pudru /dałam jedną łyżkę/
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1/4 szklanki oliwy
szczypta soli

Przygotowanie:
Wszystkie składniki dokładnie ze sobą wymieszać. Ciasto nakładać łyżką na gorącą, natłuszczoną patelnię, tworząc placuszki – wychodzi ok 2 łyżki na jeden pancake. Smażyć z obu stron na złoty kolor (czynność obracania może być na początku dość trudna, gdyż placuszki są mięciutkie).

Smacznego!

piątek, 18 marca 2011

My Cookie Town...jakie jest Twoje ulubione ciasteczko?

Amaretti do kawy, cantuccini maczane w winie, maślane ciasteczko do herbaty, czekoladowe z szklanką mleka, owsiane zabierane jako drugie śniadanie, parmezanowe podjadane do piwa, imbirowe jako przekąska w biegu, pierniki zimą, kruche przez cały rok, cynamonowe jesienią, waniliowe, maślane...o rany!!!. Mogą być bez dodatków albo z owocami, czekoladą, przyprawami, groszkami, rodzynkami, na ostro, słono, słodko, gorzko, kwaskowato.


Ciasteczka! nie da się przejść obok nich obojętnie. Kuszą ze sklepowych półek, z programów telewizyjnych i z książkowych kartek. Lubimy i marzymy o TYM JEDYNYM ciasteczku lub WŁAŚNIE TAKIM ciasteczku.
Jeśli marzysz właśnie o TAKIM ciasteczku, albo TYM ciasteczku a nie możesz go znaleźć lub upiec, a może nawet nie wiesz jeszcze jak ONO smakuje, to zapraszam Cię w imieniu dwóch wspaniałych kobiet do MY COOKIE TOWN.

My Cookie Town to miejsce pełne energii, błogości, słodyczy, z poczuciem humoru, z odrobiną pikanterii i ostrości dla równowagi. Miejsce stworzone przez Grabiszkę (połówka Wasabi) i Patrylę, które postanowiły połączyć pasję pieczenia z pasją do uszczęśliwiania ludzi i założyły team ciasteczkowy - My Cookie Town.

W My Cookie Town gdzie będzie można poczęstować się najlepszym ciasteczkiem w mieście - domowym, bez sztucznych dodatków, stworzonym z najlepszych składników, według fantastycznych przepisów. Ciasteczka są nie tylko bardzo smaczne, ale i bardzo, bardzo śliczne. Starannie, po domowemu, z uczuciem i pasją wykonane.


Dziewczyny w najbliższy weekend zaprezentują swoje dzieła na imprezie Planeta Dziecko. W sobotę albo w niedziele, przy okazji na spacerze, albo zamiast spaceru jeśli pogoda nie dopisze. Na Planecie Dziecko, nie tylko zjedzcie ciasteczko, będzie możliwość podyskutowania, porozmawiania, poszperania po stanowiskach innych wystawców. Ja tam będę w niedzielę, dziewczyny z My Cookie Town przez cały czas. Do zobaczenia :)



WAŻNE! Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony mycookietown.blogspot.com i są własnością twórców tej strony :)

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Fajitas czyli szybkie danie.

Wracam do domu, myję ręce, przebieram się z wersji "pracowej" na wersję domową, mijają minuty a z kuchni słychać stukot noża o deskę, radio, rozmowę Pana B z psem. Mijają minuty a w kuchni odbywa się mieszanie i smażenie. Patelnia na kuchence aż dymi, pachnie wędzoną papryką i kminem rzymskim.
Pan B gotuje. Mija ciut więcej czasu niż obiecane w książce 19 minut, ale na tyle niewiele, że jem prawie od razu po wejściu do domu.


Nowa książka na półce - Jamie Oliver "Każdy może gotować", którą Pan B dostał na gwiazdkę, pełna jest prostych, szybkich, podstawowych przepisów, takich trochę "zazwyczaj zamawiam to z dostawą do domu". Niby nic odkrywczego, żadnych wykwintnych dań, skomplikowanej listy produktów. To kuchnia domowa, dla tych, którzy nie są mistrzami noża i patelni, są zabiegani i nie zawsze im się chce gotować. Zamysł Jamiego jest taki, by zamiast zamawiać pizze czy kebaba ugotować domowy obiad - szybko i przy minimum wysiłku.
Na początku książki znajduje się mini przewodnik po kuchni i gotowaniu, jest wypisana lista produktów, które powinno mieć się w spiżarni "na wszelki wypadek", po przejrzeniu, pozaznaczaniu okazało się, że żelazna lista Jamiego pokrywa się w większości z moją listą.


Fajitas z kurczaka
Jamie Oliver "Każdy może gotować"
2 porcje

Składniki
1 czerwona papryka
1 zielona papryka /to już nasz dodatek/
1 średnia cebula
2 filety z kurczaka
1 łyżeczka mielonej papryki /u nas średnio ostra wędzona/
szczypta mielonego kminu /u nas 1/2 łyżeczki/
2 limetki
oliwa
sól morska i świeżo mielony pieprz
Dodatki
guacamole /my nie mieliśmy/
100 g sera cheddar
15o ml kwaśniej śmietany lub jogurtu naturalnego
salsa wg. przepisu Jamiego /nie robiliśmy, więc przepis dodamy kiedy indziej/
4 tortille

Przygotowanie
Rozgrzewam patelnię grillową (można też zwykłą dużą patelnię, albo wok).
Paprykę kroimy na pół, oczyszczamy z pestek, myjemy i kroimy na cienkie paski. Cebulę kroimy na cienkie plasterki/piórka. Kurczaka kroimy wzdłuż na cienkie paski, mniej więcej takie jak papryka. Paprykę, cebulę i kurczaka wrzucamy do miski, dodajemy kmin, paprykę w proszku, skrapiamy sokiem z połowy limety, oliwą, dodajemy sól i pieprz - starannie mieszamy, tak by warzywa i kurczak pokryły się przyprawami. Odkładamy na 5 minut.

Szczypcami wkładamy wszystkie kawałki na rozgrzaną patelnie. Przewracając i mieszając grillujemy około 6-8 minut, aż mięso nabierze złocistego koloru i będzie gotowe. Patelnia jest bardzo gorąca, należy więc cały czas przewracać składniki, mają się delikatnie gillować.

Gotową fajitas stawiamy na stół na patelni na której była przygotowywana, przed samym podaniem skrapiamy sokiem z drugiej limety.
Podajemy z podgrzanymi w mikrofali albo na suchej patelni tortillami oraz dodatkami.

Smacznego!

wtorek, 30 listopada 2010

O zupie i nie tylko :]

Taka zupa to skarb - prosta, sycąca, konkretna, zdecydowana w smaku a jednocześnie lekka. Nic dodać nic ująć. Idealna po godzinach spędzonych w korkach lub na spacerze. Nie dość, że rozgrzewa smakiem i zapachem, to kolorem wspaniale kontrastuje się z wszechogarniającą bielą i całą gamą szarości.
Nam zupa zasmakowała i wchodzi na stałe do repertuaru - pysznych, szybkich dań.


Przepis zalecał zmiksowanie zupy, ja jednak z tego zrezygnowałam. Kawałki selera, ciecierzycy nadają charakteru tej zypie i sprawiają, że jest ona bliska wegetariańskiemu gulaszowi na styl hinduski (kurkuma i kmin rzymski).


Zupa pomidorowa z ciecierzycą
Przepis Magazynu Kuchnia na ugotuj.to

Składniki:
1 cebula
2 ząbki czosnku
250 g selera naciowego /u mnie po oczyszczeniu/
2 łyżki oliwy
2 łyżeczki kurkumy
2 łyżeczki kminu rzymskiego
1 łyżka przecieru pomidorowego
1 puszka pomidorów bez skórki
500 ml rosołu warzywnego /ekologiczna kostka/
2 puszki ciecierzycy
sól
pieprz kajeński
cukier
kilka listków świeżej bazylii

Przygotowanie:
Cebulę i czosnek obieramy i drobno kroimy. Selera myjemy, kroimy w plasterki, zielone części odkładamy na bok. Cebulę, czosnek i selera dusimy na rozgrzanej oliwie.
Posypujemy kurkumą i kminem rzymskim. Dodajemy przecier pomidorowy, nadal dusimy na wolnym ogniu. Następnie dodajemy pomidory (razem z sokiem) i gorący rosół. Zagotowujemy. Ciecierzycę odcedzamy na sitku, płuczemy pod bieżącą wodą, osączamy.
Połowę dodajemy do zupy, resztę odkładamy. Przyprawiamy zupę solą, pieprzem kajeńskim, gotujemy przez 15 minut i miksujemy /ja nie miksowałam/. Możemy jeszcze na koniec doprawić solą i pieprzem oraz odrobiną cukru. Dorzucamy pozostałą ciecierzycę. Posypujemy listkami bazylii i pokrojonymi w cienkie paseczki zielonymi częściami selera.

Podjemy gorącą.

Smacznego!




P.S. A teraz trochę prywaty. Przedstawiam Wam Dychę - naszego nowego domownika :]
Od miesiąca cieszy Nas i uczy, zabiera czas i rozbawia do łez, daje ciepło i pozwala oderwać się od codziennej bieganiny. Nasz ukochany łobuz.


Dycha odnalazła Nas w Schronisku dla bezdomnych zwierząt w Józefowie. To straszne a jednocześnie piękne* miejsce, gdzie szczere i stęsknione serduszka czekają na miłość. A że wiedzą jak kochać, to pewne.
Nie będę namawiać Was na wzięcie psa/kota ze schroniska. Posiadanie psa czy kota, to nie jest prosta decyzja, to jest poważna decyzja. A przy zwierzaku ze schroniska ta decyzja staje się jeszcze trudniejsza. Jeśli jednak kiedyś przyjdzie Wam do głowy myśl, aby mieć zwierzę w domu, zastanówcie się nad adopcją samotnego psiego/kociego serduszka. Nie pożałujecie.

* To miejsce jest piękne dzięki pracownikom i wolontariuszom, którzy swoją pasją i zaangażowaniem znajdują domy dla zwierząt, a tym co zostają dają masę uczucia. Straszne nieszczęściem zwierząt, okrucieństwem i głupotą człowieka.

niedziela, 24 października 2010

Pomóż napisać doktorat. Weź udział w badaniu :)

Zwracam się dziś do Was z nietypową prośbą :) Potrzebna jest pomoc, pomoc naukowa ;)
W ramach doktoratu Pan B, prowadzi badania internetowe. Wystartował właśnie z projektem, do udziału w którym chciałam Was serdecznie zaprosić.
Myślę, że będzie to ciekawe doświadczenie (dla mnie było).

Jeśli możecie podzielcie się linkiem ze znajomymi, im więcej osób tym lepiej.

Poniżej przesyłam wiadomość od Pana B., tak więc oddaje mu głos :). I tak oto Pan B przestał być anonimowy ;) )

Dziękuję i pozdrawiam
Marta


Witam serdecznie,

Jestem doktorantem Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. W ramach
doktoratu prowadzę badania nad zjawiskiem synestezji, do udziału w których chciałbym Was serdecznie zaprosić.
W badaniu proszę Was o wypełnienie kilku testów związanych z pamięcią i synestezją. Badanie podzielone jest na dwie części. Wypełnienie obydwu zajmuje łącznie około 30 minut.

Proszę przekaż tą wiadomość dalej. Może ktoś z Twoich znajomych też będzie miał ochotę
wziąć udział w badaniu? Każdy dodatkowy uczestnik jest na wagę złota.

http://psych.uw.edu.pl/synestezja/?view,welcome&r=BL

Z góry dziękuję!

Bartłomiej Wrzałka

niedziela, 25 lipca 2010

Parzaki inaczej zwane pampuchami :)

Na weekend wymknęłam się na wieś. Przez dwa dni byłam pełnoetatową córką i wnuczką. Oczywiście wykorzystywałam to ile się dało :) Leniuchowanie na kanapie, spanie w hamaku, koszenie trawy, szabrowanie w ogródku, wieczorne grillowanie, leniwe popijanie wina, rozmowy, śmiechy i gotowanie z babcią. Spacer się nie odbył - padało :]


Już w środę zapowiedziałam babci, że w sobotę będziemy robić parzaki*. Kolejny ze smaków dzieciństwa, niepodrabialny. Jako mała dziewczynka wcinałam parzaki z jabłkiem, makiem albo jagodami wracając z którąś z babć z wyprawy po mleko prosto od krowy. Wczorajsze miały być z jagodami (bo takie są najlepsze), z braku jagód wykorzystałyśmy borówkę amerykańską, która rośnie w naszym mini ogródku.


Gotowanie z babcią podobne jest do gotowania z moimi rodzicami - na pytania Ile? Jak? W jakiej kolejności? odpowiedzi są mało konkretne - na oko, tyle ile wchłonie ciasto, tak długo aż będzie gotowe. O zgrozo - jak ja mam nauczyć się z nią gotować. Chwile nam to zajęło, ale znalazłyśmy wspólny język, babcia zaakceptowała aparat w kuchni i o to jest. Przepis na parzaki!


Parzaki z owocami
przepis babci, wykonanie przez babcie. W przepisie każda wartość powinna być opatrzona słówkiem "około" ;)

Składniki:
500 g mąki
25 g świeżych drożdży
1 szklanka ciepłego mleka + tyle ile będzie potrzebowało ciasto do zagniecenia. My nie dodawałyśmy, kubek mleka wystarczył. Babcia jednak uprzedzała, że mąki są różne i niektóre wchłaniają więcej :)
2 łyżeczki cukru**
1 żółtko
szczypta soli/około 1 łyżeczki
- można też dodać 2 łyżki stopionego i przestudzonego masła

Farsz:
Jagody, ser na słodko. Ewentualnie nic, gdy planujemy podać pampuchy do wytrawnego dania.
Odrobina cukru do osłodzenia owoców


Przygotowanie:
Do kubeczka z ciepłym mlekiem kruszymy świeże drożdże i dodajemy cukier. Dobrze mieszamy, odstawiamy aż urośnie.

Na stolnice wysypujemy mąkę, sól i żółtko, wlewamy podrośnięte drożdże. Wyrabiamy gładkie i sprężyste ciasto. Gotowość ciasta sprawdzamy naciskając palcem na ciasto, jeśli będzie się podnosić to znaczy że jest już dobre.

Wyrobione ciasto odstawiamy w ciepłe miejsce, przykrywamy ściereczką i czekamy aż urośnie.

Wyrośnięte ciasto dzielimy na porcje (dowolne). My dzieliłyśmy na porcie wielkości dużego orzecha włoskiego. Z ciasta formujemy placuszek, na każdym placuszku układamy owoce z dodatkiem cukru*** (tyle aby łatwo było skleić brzegi) i zlepiamy brzegi, tworząc przy tym zgrabną bułeczkę. Układamy w sporych odstępach na umączonej desce/ściereczce. Bułeczką dajemy podrosnąć z 10 minut.

Wyrośnięte bułeczki układamy w naczyniu do gotowania na parze**** i gotujemy około 10/15 minut aż będą puszyste.

Podajemy gorące polane sosem waniliowym, jogurtem, śmietanką albo jako dodatek do gulaszu czy sosu.

Smacznego!



* U mnie w rodzinie nazywamy je także pampuchami, spotkałam się także z nazwą parowańce.
** My jemy mało słodkie parzaki. Ciasto które przygotowujemy może być wykorzystane do przygotowania parzaków z owocami jak i pustych. Puste parzaki są idealne do wyrazistych gulaszy, sosów.
*** Borówkę amerykańska radzę "rozciapciać" widelcem. Jej owoce mają grubszą skórkę, która nie pęka w trakcie gotowania parzaków. Jest to o tyle niefajne, że takie duże i gorące owoce parzą i nie pozwalają w spokoju cieszyć się ich smakiem. Z jagodami ta opcja jest niepotrzebna
**** Nie mając naczynia do gotowania na parze wykonujemy je sami. Szeroki garnek napełniamy wodą i nakrywamy płócienną ściereczką (ma być mocno naciągnięta) i obwiązujemy sznurkiem wokół brzegu. Na ściereczce układamy parzaki partiami i nakrywamy miską dopasowaną do obwodu garnka.

niedziela, 21 marca 2010

Kruche ciasteczka mojej babci.

Jeden z najlepiej zapamiętanych deserów dzieciństwa. Słodkie, waniliowe, kruche ciasteczka. Moja babcia podaje je do kawy i herbaty. W domu moich dziadków są prawie zawsze cierpliwie czekając na gości. Świetnie się przetrzymują /nie potrzeba do tego blaszanego pudełka/. Babcia podaje je w kryształowej miseczce. Jest w nich coś staroświeckiego i eleganckiego a jednocześnie domowego i ciepłego.


Takie ciasteczka, to bardzo niebezpieczna przyjemność, bo uzależniająca. Właśnie w tej chwili odstawiam miseczkę, z porcją ciasteczek, którą dostałam do domu :) Gdybym miała kawiarnie takie właśnie kruche maleństwa układałabym obok filiżanki z kawą lub herbatą.


Mam więc i przepis i ciasteczka (pieczone przez babcie). Zapraszam serdecznie

Kruche ciasteczka Babci.
/porcja na dużą imprezę i dla zgłodniałych wnucząt/

Składniki:
1 kg mąki pszennej
2 kostki margaryny /w temp pokojowej. Najlepiej sprawdza się Kasia/
1 jajko*
1 cukier waniliowy /można więcej i w żadnym wypadku wanilinowy!/
około 1 szklanki drobnego cukru /spokojnie można mniej. Należy próbować, co rekomenduje też babcia/

Przygotowanie:
Piekarnik rozgrzewamy do 175/180** stopni.
Składniki łączymy i wyrabiamy miękkie i gładkie ciasto. Urywamy po kawałeczku /ilość małej łyżeczki/ na ręku rolujemy i formujemy księżyce.
Gotowe ciasteczka układamy na blasze i wkładamy do piekarnika. Czas pieczenia około 15 minut. Radzę zaglądać, ciasteczka nie powinny zbrązowieć, a tylko lekko się zarumienić.

Ciasteczka strudzimy na blasze, gdy są jeszcze lekko ciepłe obtaczamy w cukrze pudrze. Rozkładamy na blasze i pozwalamy im do końca wystygnąć.

Smacznego!


* Jak napisałam porcja jest ogromna. Przy robieniu z połowy porcji dodajemy 1 małe jajko. Chociaż po co robić coś tak dobrego z połowy porcji!?!?! :D
** Uwaga z temperaturą. Moja babcia mówi o 200 stopniach, to moim zdaniem około 180. Piekarnik babci jest stary, a dodatkowo przepisy na podobne ciasteczka mówią o temp 175 stopni.

czwartek, 18 marca 2010

Penne z owocami morza

Tym razem Mąż gotuje a ja tylko fotografuję :)

Wczoraj kolację przygotował Mąż ... i to jaką kolację! Pyszny makaron penne z owocami morza gotowanymi na białym winie, podany z dużą ilością pietruszki ... przypomniały mi się wakacje w Hiszpanii i knajpki serwujące podobne specjały. Dookoła nich unosił się zapach czosnku, oliwy, kalmarów, ośmiorniczek, muli ... mniam!

W oryginalnym przepisie występują pomidory z puszki. U nas wczoraj ich zabrakło, ale mój kucharz wyczarował pyszny sos na bazie świeżych pomidorów, które grzecznie czekały na lodówkowej półce. I to jest chyba sekret tego dania! Sos jest lżejszy w smaku i konsystencji.

Uwielbiam takie wieczory ... kolacja palce lizać, schłodzone wino i wspólne rozmowy o tym jak minął nam dzień ... a ZUZU słodko śpi w pokoju obok ... mrrrrrrrrrrrrrrrrr :)

Za kolację odwdzięczyłam się śniadaniem ... ale o tym jutro :)



Przepis na danie dla 2 osób

Cytuję męża:

Składniki:

200g makaronu penne
250g mieszanki owoców morza (u nas: łapki kalmarów, ośmiornice, kalmary pierścienie, mięso z małży, małże "Baby Clam", krewetki)
1 garść krewetek Grenlandzkich w skorupkach
1 szklanka białego wytrawnego wina
2 pomidory
1 cebula
2 ząbki czosnku
sól/pieprz
2 łyżki oliwy
natka pietruszki do posypania (co najmniej cały pęczek)


Przygotowanie:

Do garnka wlewamy oliwę, dorzucamy pokrojone czosnek i cebulę. Dusimy ok 3 minut. Następnie dodajemy rozmrożone owoce morza i krewetki oraz skrojone w kostkę pomidory. Mieszamy i dusimy ok 5 minut na małym ogniu. Wszystko zalewamy szklanką wina i gotujemy na wolnym ogniu do momentu uzyskania gęstego sosu. Doprawiamy solą i pieprzem.

Makaron gotujemy wg zaleceń na opakowaniu. Następnie odsączony przekładamy do garnka z sosem i wszystko dokładnie mieszamy. Nakładamy na talerze i posypujemy dużą ilością posiekanej natki pietruszki.

Smacznego!

wtorek, 2 lutego 2010

Tak na oko...najlepszy obiad świata :D

Post bardziej prywatny niż kulinarny :) ale nie mogę się powstrzymać.

Zjadłam najlepszy obiad świata, przygotowany z miłością, z uwagą na moje gusta i smaki. Po dniu spędzonym na chodzeniu, słuchaniu, uczeniu się mój wspaniały Pan B (także będąc po męczącym dniu) przywitał mnie barszczem z uszkami. I tak naprawdę nic lepszego nie mogłam sobie wymarzyć.

Uszka już znacie (razem z Grabiszką robiłyśmy je przed świętami), ale takiego barszczu pewnie nie jedliście/piliście :D

Prosto, szybko (co ważne) i smakowicie. Kucharz jest artystą więc wszystko co robi, robi z rozmachem i na oko ;)

Piekielnie smaczny Barszcz Czerwony z uszkami
/pisane przez Pana B/

Składniki:
Uszka (np. wg TEGO przepisu)
Koncentrat barszczu czerwonego /u nas firmy Krakus/
Kostka rosołowa /najlepiej wołowa/
Czosnek - 1 albo 2 ząbki
Majeranek
Chili w proszku /magiczny składnik/
Sól i pieprz

Przygotowanie (instrukcja pisana przez Pana B):
Wypraszamy kobietę (niby mnie :/ ) z kuchni. Zapewne będzie przeszkadzać i będzie próbowała wiedzieć lepiej (Co ja????), a przy gotowaniu potrzebny jest spokój.
Następnie wlewamy koncentrat barszczu do dużego garnka i uzupełniamy wodą - tu ważna uwaga - wlewamy o 1/3 mniej wodyniż jest napisane na opakowaniu. Dodajemy kostkę rosołową /1 na litr wody/.
Dodajemy czosnek, majeranek, sól, pieprz i chilli - ilość zależy od gustu (mniej niż pół łyżeczki chilli w proszku- więcej pali bardzo mocno).
I gotujemy do momentu zagotowania!

W tym czasie odgrzewamy uszka. Mrożone wrzucamy na wrzątek z odrobiną oleju. Gotujemy chwilę aż się ogrzeją.

Uszka układamy na talerzu, zalewamy barszczem. Podajemy i jemy :D

Smacznego!


wtorek, 26 stycznia 2010

W imieniu Mamy i Taty z radością informuję, że ....

23.01.10 wieczorem przyszła na świat Zuzia, pociecha oraz radość Mamy i Taty.
Zuzia powitała się ze światem wynikiem 10/10 punktów.

Cała trójka jest już w domu, czuje się dobrze. Teraz Mama, Tata i Zuzia odpoczywają po emocjach ostatnich dni i poznają się na wzajem.

Świeżo upieczona Mama pozdrawia i prosi o wyrozumiałość za chwilową nieobecność.

Grabiszka
/rękoma Cozerki/



P.S. od Cozerki
Zuzi i Rodzicom przesyłam ciepłe myśli, wirtualne uściski i pozytywne wibracje (a także pękam z dumy i wzruszenia, że przyjdzie mi odegrać w życiu Zuzi pewną ważną rolę - Dziękuję!).

piątek, 18 grudnia 2009

Śniadanie Mojego Kucharza ... pasta z awokado

Nie każdy rodzi się z talentem i zamiłowaniem kulinarnym ... do takich osób należę ja. Jeszcze 6 lat temu zanim poznałam męża, jedynymi potrawami przyrządzanymi przeze mnie w kuchni była jajecznica, gotowanie parówek i podgrzewanie gotowych dań mrożonych - aż wstyd się przyznać :(
Od pierwszych dni mój mąż zachwycił mnie swoją pasją gotowania. Można by powiedzieć, że poderwał mnie na makaron w sosie śmietanowo-łososiowym, który przyrządził mi na jednej z pierwszych naszych randek :))) Potem pojawiły się dania z kuchni włoskiej, indyjskiej, japońskiej ... a ja nie wierzyłam, że facet może być tak dobrym kucharzem ... do tego z pasją :)
Przez pierwsze lata podczas przygotowywania posiłków zawsze stałam w kuchni za jego plecami i bacznie obserwowałam krok po kroku jak powstają te kulinarne cudeńka. To chyba właśnie On pokazał mi, że gotowanie może sprawiać przyjemność, pobudzać nas kreatywnie, fascynować ... i wpadłam :)
Ponieważ od kilku miesięcy nasz tryb życia troszkę się zmienił, to ja teraz przejęłam stery w naszej kuchni i większość potraw wychodzi spod mojej ręki. Ale zdarzają się chwile i to wcale nie rzadko, gdy oddaję swoje kubki smakowe w ręce Mojego Kucharza ... tak jak dziś przy śniadaniu :)



Pasta jest przepyszna, orzeźwiająca i aromatyczna. Poniżej autorski przepis mojego Kucharza :)


porcja dla dwoch osób:

dwa dojrzale wyraźnie miękkie obrane avocado (twardawe nie maja smaku)
oliwa (wg gustu)
duża łyżka majonezu
mały serek topiony
sól, pieprz (koniecznie)
sok z połowy limonki lub jeśli nie ma limonki cytryny (ale lepiej limonki)

Wszystko rozgniatamy widelcem i po minucie pasta gotowa :)


Uwielbiam ten męski minimalizm ;)



Smacznego!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...