Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napoje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napoje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 marca 2017

Jaglane uzależnienie :)

Budyń jaglany tu, kremowa jaglanka tam, kasza jaglana z owocami...to tu, to tam atakowały mnie w internetach. Jako odpowiedzialna i ambitna matka podjęłam dwie próby przygotowania jaglanego deseru. Za każdym razem kończyło się czymś jakby budyniem, o lekko gorzkawym smaku i piaskowej konsystencji. Młody odmówił kategorycznie, ja spróbowałam, nie zapalałam miłością zjadłam z obowiązku coby się nie zmarnowało, B nawet nie dałam do spróbowania.

Czekoladowa jaglanka z granolą jabłkową


Na jakiś czas machnęłam ręka, nie będę się męczyć i kasze jaglana zostawiłam do sałatki tabbouleh, do jaglanych placuszków albo jako dodatek do zupy. Aż do momentu gdy przeczytałam o kremowej jaglance u Ani

Waniliowo kokosowa jaglanka z jabłkową granolą.

Pierwsze podejście okazało się strzałem w 10tkę, wielką moją miłością a co ważniejsze wielką miłością naszego syna. Teraz płatki jaglane kupuje na kilogramy, bo "jaglanke" robię prawie codziennie. Nie ograniczam się jednak do wersji budyń (100g płatków na 400ml mleka) robię też wersję nieco lżejsze takie jak "jaglanka a'la jogurt" (100g na 600ml mleka) albo do picia (100g na 700/800ml mleka). Wersja jogurt to moja ulubiona "konsystencja", idealna do granoli, owoców czy orzechów. Wersja do picia jest dla Młodego, który lubi wypić swoją poranna i wieczorną kaszkę. Słodzę zazwyczaj bananem, czasami miodem albo daktylami, do środka dodaje krem kokosowy, kakao albo wanilię, na wierzch bakalie, granole, dżem, świeże i podduszone owoce albo nic. 😉
 
Jaglanka waniliowa z suszoną wiśnią.

Cała chwała za ten przepis należy się Ani, a poniżej moja wersja na kremowy budyń jaglany

Jaglanka czekoladowo koksowa z kokosowo-miodową granolą

Budyń jaglany 

Składniki na dwie duże porcje
100g płatków jaglanych*
400ml mleka - zazwyczaj używam krowiego 3,2, roślinnego albo mieszanki obydwu
Szczypta soli
1 banan (albo do smaku)

Wybrane dodatki:
Kakao
Krem kokosowy
Czekolada
Przyprawy
Wanilia
Świeże owoce
Dżem

Przygotowanie
W garnuszku o grubym dnie lekko prażymy płatki jaglane**. Czekamy aż zaczną ładnie pachnieć, trwa to dosłownie chwile. Następnie dodajemy szczyptę soli i zalewamy całość mlekiem. Gotujemy mieszając cały czas. Gdy płatki będą gotowe dodajemy banana. Zdejmujemy z ognia i miksujemy blenderem aż budyń uzyska gładką konsystencję. Próbujemy czy jest wystarczająco słodkie, ewentualnie dosładzamy. Odstawiamy na chwilkę, sprawdzamy czy odpowiada nam konsystencja - jeśli jest za gęste dodajemy mleka. Dodajemy  wybrane składniki i podajemy 🙂
Z powyższych proporcji wychodzi gesty budyń.

Jaglanka z kurkumą i imbirem, kiwi, migdałami i odrobiną miodu.
Jaglanka do picia.
Tak jak już pisałam powyżej, nasz syn lubi wypić swoją poranna i wieczorna kaszkę. Przygotowuje ja tak jak budyń, ale dodaję więcej płynów (zazwyczaj jest to około 700ml, ale zdarzyło się i 900ml) i pomijam dodatki (chociaż czasami daje się namówić na poranna kaszkę kakaowa, wtedy smakuje jak super aksamitna czekolada do picia, a wystarczy przed miksowaniem dodać łyżkę lub dwie naturalnego kakao). 700 czy 800ml to bardzo dużo, zazwyczaj trzy ogromne porcje. Zazwyczaj przygotowuje jaglankę do picia wieczorem, cześć podaje Młodemu a resztę zostawiam na rano. Powierzchnie kaszy przykrywam dokładnie folią spożywcza aby nie robił się kożuch. Rano lekko podgrzewam i podaje. On je z kubeczka z rurką a ja z miseczki np. z domowa granola. 

Spróbujcie koniecznie 🙂 smacznego! 

* w zależności od marki płatki jaglane różnie się zachowują. Niektóre wymagają więcej płynów, niektóre mniej, niektóre gotują się dłużej, inne krócej. Ja kupuje zazwyczaj płatki na wagę na bazarku obok domu. Maja mało goryczki, szybko się gotują i najlepiej zachowują się przy podanych proporcjach. Lubie płatki marki BioPlanet, chociaż z nich wychodzi bardzo gesty budyń, zazwyczaj dodaje więc więcej mleka. Ostatnio miałam do dyspozycji tylko płatki marki Biedronka i to zdecydowanie nie było to.
** podobno są do kupienia płatki już prażone, ja ich w sklepie jeszcze nie spotkałam.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Antidotum na wyjątkowo zimną wiosnę

Coraz bliżej maj, a temperatury jakby wrześniowe (chociaż dziś mamy wyjątek i po lodowatym poranku piękny, ciepły, błękitno zielony kwiecień za oknem). Za kilka dni majówka, w planach wyjazd, w głowie wiosenne menu. W marzeniach na naszym stole, pod drzewami, stawiam kompot z rabarbaru, herbatę miętową, lemoniadę a do tego szprycer i zimne jasne piwo. Wszystko pod chmurką, obok grilla albo ogniska. Cały dzień na dworze, dzieci wybiegane, psy wymęczone, kocyk, strzyżenie trawy, spacery po ogródku. Tak, tak właśnie mi się marzy, ale na razie szykuję sztormiaki, kalosze i ciepłe swetry, z mamą wymyślam rozgrzewające zupy i zastanawiam się jak utrzymamy w domy trzech 2-3 latków. Nic, damy radę, a może jednak prognozy pogody się nie spełnią (a może spełnią, bo nie wiem jaka będzie prognoza za godzinę, bo zmieniają się szybciej niż można byłoby się spodziewać) i będziemy śmigać w krótkich rękawkach.


Jeśli by jednak miało być te 12 stopni a do tego wiatr, deszcz i chmury to mam dla Was pewną propozycję. Przepis znaleziony gdzieś na początku marca i planowany do opublikowania w okolicach jesieni, ale że temperatury w kwietniu bywają jesienne, poranki chłodne, a powroty ze spacerów lodowate, to nie widzę powodów aby czekać z nim aż tyle.

Przepis na gorąca czekoladę, to żywy banał (jak mawiała moja Pani Profesor od statystyki, przedstawiając nam kolejny nowy test), przecież każdy wie jak połączyć mleko, śmietanę z czekolada i z ewentualnym dodatkiem :) Prościej się nie da. Ten przepis jest prawie standardowy z jednym malutkim dodatkiem, który sprawia, że dostajemy kremową, gęstą czekoladę, taką co zostaje na łyżeczce, ale jednocześnie nie jest ciężka od śmietany kremówki czy zbyt dużej ilości czekolady. Jest mleczna, czekoladowa i aksamitna. Jak dla mnie ideał, którego kubek widoczny za zdjęciu to porcja dla 1,5 osoby.


Przepis znalazłam przypadkiem przeglądając proponowane konta na instagramie. Nagle ten mały filmik i przepis na czekoladę. Potem zaczęłam przeglądać kolejne filmiki i tak jeden po drugim wciągnęłam się w ten świat dań z "sposobem". Większość z nich jest dla mnie do oglądania niż przygotowywania, mocno mięsne wydają mi się czasami zbyt ciężkie. Ale miło się ogląda taki mini food porn. Polecam oglądanie i zapraszam na przepis.

Kremowa gorąca czekolada
źródło Tastemade

Składniki:
na dwie ogromne, 3 normalne albo 4 średnie porcie :)

3 szklanki śmietany 12%*
3 łyżeczki skrobi kukurydzianej
3 łyżki cukru (miodu, syropu z agawy i generalnie do smaku)
170g posiekanej gorzkiej czekolady

Przygotowanie

1/2 szklanki śmietanki mieszamy ze skrobią kukurydzianą aż do zupełnego rozpuszczenia
Pozostałą śmietankę wlewamy do rondelka i delikatnie podgrzewamy, gdy zaczyna się gotować dodajemy cukier, mieszamy. Następnie dodajemy pozostałą część śmietanki ze skrobią, mieszamy, zagotowujemy i zdejmujemy z ognia. Dodajemy czekoladę i mieszamy aż całkowicie się rozpuści. Rozlewamy do kubeczków i delektujemy się jedwabistą konsystencją i czekoladowym smakiem.

Smacznego!




P.S. Tak sobie myślę, że jak jednak będą majowe upały, to taka mocno schłodzona czekolada też będzie niczego sobie :)

* W przepisie jest podana half and half cream, czyli śmietana wymieszana z mlekiem. Wg mnie odpowiada temu nasza 12% słodka śmietanka.

niedziela, 21 lutego 2016

Niski biometr, homeoffice i kawa

Po urodzeniu się Młodego Człowieka przez rok byłam w domu, od mniej więcej 9 miesiąca siedzenia chodził mi po głowie powrót do pracy. Wróciłam jak G miał rok i 3 miesiące. Nie żałuję ani jednego dnia spędzonego dnia w domu, nie żałuję teraz ani jednej godziny spędzonej w pracy.
Na początek wróciłam na część etatu (małe kroczki, małe kroczki), teraz jestem na prawie całym etacie. Wszystko jest możliwe tylko dzięki ogromnej współpracy dziadków, bardzo elastycznemu i rozumiejącemu pracodawcy i temu, że B może zarządzać swobodnie swoimi godzinami pracy.

Godziny poza domem to ogromna ulga i gimnastyka dla głowy. Bywa oczywiście różnie i świat domowy z tym pracowym wpływają na siebie nieustannie. Nerwowe dni w pracy przekładają się na zmęczone popołudnia, nieprzespane noce na błędy w pracy. Mam natomiast to szczęście, że dwa dni w tygodniu mogę pracować z domu. Mogę spokojnie odprowadzić Młodego do żłobka, wrócić, popracować a następnie przyprowadzić Go na drzemkę do domu i wrócić do pracy. Rzeczy toczą się wtedy łatwiej, sprawy domowe nie piętrzą się i nie zawadzają, szanse na domowy obiad zwiększają się :) Jedne co szło mi trochę gorzej, to praca w te dni. Jakoś mi się rozchodziła, nie ma się co oszukiwać praca z poziomu kanapy czy domowego stołu zachęcała mnie do działań nie do końca pracowych.



Aż do momentu gdy do mojego domowego biura dołączyła Kasia, zwana Stefanem.
Kasia Stefan, to jest ktoś! Jedna ze zdolniejszych i mądrzejszych osób jakie znam. Jest totalnie dziewczęca natura idzie w parze z błyskotliwą głową i ogromną wiedzę z zakresu gospodarki, finansów i biznesu. Nie raz korzystaliśmy z jej wiedzy i doświadczenia przy rozwoju naszego małego biznesu, nie raz dyskutowaliśmy w jakim kierunku podąża ten świat i niczym Pinki i Mózg zastanawiałyśmy się jak podbić świat. Wierzę, że któregoś dnia nam się uda :)
Na razie jednak spotykamy się co piątek, rozkładamy laptopy, włączamy opcję praca, przemycamy lakiery do paznokci i 9-15 szalejemy w naszym domowym biurze. Po drodze zgarniamy Młodego ze żłobka zaliczając tym samym spacer z psem.
To cudowne jest pracować w jej towarzystwie. Serio, sama sobie zazdroszczę piątkowej koleżanki z biurka obok :)
Ostatni piątek to był nie tylko intensywny pracowo dzień, ale i koszmarny biometr. Szaro, deszczowo i wietrznie. Tylko chyba mój Syn miał radość z brodzenia po kałużach w drodze do i ze żłobka. Około 13 najbliżej nam było do położenia głów na poduszkach, zamknięcia laptopów, wyciszenia telefonów. Aby przezwyciężyć senną aurę zrobiłyśmy kawę. Kawę lekko podkręconą, ale nadal bardzo kawową. To coś jakby koktajl kawowy, ale bez ciężkości którą daje mleko i gęstości od przeładowania dodatkami. Dodatkowo mało słodki, na początku trochę to nas zaskoczyło, ale przy drugim łyku uznałyśmy, że tak właśnie powinno być. Shake (tak go nazwijmy) w niczym nie przypomina gęstych, deserowych napoi. Jest lekką gęstszą kawą, co jest zasługą banana.


Do stworzenia naszej wersji zainspirował nas przepis znaleziony gdzieś w internecie. W oryginalnym przepisie bazą było lekkie mleko kokosowe oraz jogurt. Nie miałyśmy pod ręką mleka kokosowego, więc zastąpiłyśmy je mlekiem owsianym (migdałowe, tu musi dobrze pasować migdałowe) i zupełnie ominęłyśmy jogurt. Została kawa, banan i ziarna kakowca. Energetyczna bomba. Mało słodka, nie za ciężka, mocno kawowa z lekkim czekoladowym aromatem, ale bez czekoladowej słodyczy. Do tego miseczka owsianych ciasteczek od znajomego i parę garści bakalii.
I można pracować dalej.


Bananowo-kakaowa kawa dla zapracowanych

Składniki na 2 duże szklanki.
2 espresso
2 niewielkie banany
2 szklanki wybranego mleka (u nas owsiane, ale pewnie będzie pasowało każde...a migdałowe brzmi jak plan na najbliższy piątek)
2 łyżki pokruszonych ziaren kakaowca
miód, syrop klonowy, więcej banana albo daktyle jeśli kawa jest zbyt wytrawna (my nie potrzebowałyśmy dosładzać)

Latem pewnie dobrze zrobią mrożone banany albo kilka kostek lodu.

Przygotowanie
Włożyć do blendera i zmiksować. Rozlać do szklanek i pracować :)

Smacznego i na zdrowie!

środa, 29 maja 2013

Irish Cream.

BURZA!

Prawdziwa z rozdzierającymi niebo grzmotami, przecinającymi chmury błyskawicami i lejacym się strugami deszczem. W domu jest ciepło, sucho i jasno od zapalonych lamp. Bezpiecznie i spokojnie. Pies wpatruje się w balkonowe okno, jak w film sensacyjny, a ja klikam te litery.
Siedząc na własnej kanapie, wiedząc, że wszyscy których kocham pozawijali do portów, rozkoszuję się chwilą. Wsłuchuję się w szum wiatru i deszczu, otwieram okno aby wiat wwiewał zapach ozonu. Nie zmienia to jednak faktu, że darzę ją ogromnych szacunkiem i (choć trudno powiedzieć skąd to mam) odczuwam przed nią lęk.

Przypomina mi się inny burzowy wieczór, pierwszy w tym sezonie. Bezkresne pola Suwalszczyzny, kominek i przeurocza rozmowa w cudnym towarzystwie. Do kompletu 3 psy, 2 koty. To był cudowny wieczór, a właściwie cały weekend.
Weekend, którego powtórka miała się dziać właśnie w tej chwili. O tej porze byłabym pewnie koło Łomży albo już za (zależy od korków w Warszawie i Markach), a może dojeżdżalibyśmy do Augustowa, by zaraz skręcić w ciemny, stary i przepiękny las.
Cóż. Los chciał inaczej, ciepły dom, własna kanapa i pies z zapaleniem gardła i temperaturą (sama nie wierzę w to co piszę).
Nie ma co popadać w smutki, należy zaparzyć kubek herbaty i powspominać cudne towarzystwo i smak pysznego likiery domowej roboty (który obok wina towarzyszył rozmowom).

W końcu środa jest piątkiem, przed 4 dniowym weekendem :)

Kieliszki międzypokoleniowe - Babcia, Mama i ja :)

Jeśli chodzi o irish cream, to kocham go miłością wielką ;) najbardziej w pełnej szklance z kostką lodu, albo na lodach lub owocach w formie szybkiego deseru. Kocham go tak bardzo, że jak tylko butelka pojawia się w domu, to zaraz znika. A teraz mam sposób na znikający przysmak. Kilka składników w lodówce, do blendera, potem przelać do butelki i gotowe. Zaznaczyć trzeba, że cena 1 litra tak przygotowanego likieru jest ułamkiem tego co należałoby zapłacić w sklepie za "markową" butelkę.

Co prawda staje się lepsze z każdym dniem spędzonym w lodówce....ale dla spragnionych, można delektować się od razu ;)



Likier Irish cream
Źródło: Home Made: Winter

Składniki
około 1 litra

200 ml śmietany 30% lub 36%
400 ml słodzonego mleka skondensowanego (1 puszka)
300 ml irlandziej whisky
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
2 łyżku białego syropu czekoladowego (u mnie był Monini)

Przygotowanie

Wszystkie składniki wlewamy do blendera i miksujemy aż do uzyskania gładkiej i jednolitej konsystencji.
Przelewamy do czystej buletki, zakręcamy. Odstawiamy do lodówki.
Można oczywiście pić od razu, ale dzień lub noc w lodówce dodają likierowi charakteru i pozwalają się smakom połączyć.

O to cała sztuka. Przed podaniem potrząsnąć butelką.
W lodówce likier może stać do 2 miesięcy.

Na zdrowie :)


piątek, 8 czerwca 2012

Rabarbalove :)

Nalewam różowy płyn do szklanki, siadam przy stole, rozkładam książkę i jest dobrze. Przydałoby się kruche ciasteczko z cytrynowym lukrem, ale dziś go zabrakło. Wieczorem będziemy pić piwo i krzyczeć do ekranu telewizora. Ale na razie zaświeciło słońce, za oknem śpiewają ptaki i jest ciepło. Cieszymy się wiosennym dniem.
Rabarbarowy, różowy, klarowny kompot wydaje mi się staroświecki, elegancki a jednocześnie codzienny. Coś co równie dobrze pasuje do metalowego kubka i cienkiej szklaneczki. Rabarbar w wakacyjnej odsłonie był kwaśny i słodki jednocześni, przetrzymywany w emaliowanym albo szklanym dzbanku z przykrywką, stał w sieni, piwnicy albo w lodówce i gasił pragnienie w słoneczne i gorące letnie dni. Do tego rabarbarowa szarlotka i umorusane, szczęśliwe nasze buzie. W tym samym czasie kwitły peonie w ogrodzie i czerwone maki na skrajach dróg, trawa była jeszcze zielona, dni długie, bardzo długie, zlewały się w jedną słodką i lepką od słodyczy chwilę.

 

Biorąc się za przygotowanie kompotu poszperałam ciut w starych książkach i  w internecie. Kompot chciałam prosty, rabarbarowy bez zbędnych smaków. Dodałam więc goździki, cynamon i skórkę z cytryny bo z takimi dodatkami spotkałam się w starych książkach. Gotowałam krótko i zostawiłam by "naciągną" bo tak napisała Agnieszka z Kuchni nad Atlantykiem. Kiedyś spróbuję jej "tuningowanej" wersji, tymczasem ciesze się zwyczajnym smakiem i tym nieziemskim różowym kolorem.



Kompot z rabarbaru

Składniki
500/600g rabarbaru, obranego i pokrojonego w kawałki
1 litr wody
2/3 szklanki cukru (potem możemy dosłodzić)
cynamonu na koniuszek noża
3 goździki
obrana skórka z 1 cytryny

Przygotowanie
Zagotowujemy rabarbar z wodą i cukrem. Gotujemy na małym ogniu ok. 1o min. Zdejmujemy z ognia i dodajemy skórkę z cytryny, goździki i szczyptę cynamonu. Zostawiamy na dwie godziny pod przykryciem, żeby kompot nabrał aromatu, a następnie wyjmujemy aromatyczne dodatki. 
Ja przecedzam kompot aby był klarowny, rabarbaru nie wyrzucam, odkładam i następnie dodaję do ciast albo do jogurtu.

Na zdrowie!

piątek, 5 listopada 2010

Nie daj się listopadowej aurze!

No i stało się, zaczął się listopad i to taki przez duże "L" - LEJE!!!

Wstaję rano i o parapet dzwonią krople. W kaloszach, z parasolem maszeruję przez ulicę, przy świetle żółtej lampki siedzę w pracy, wracając do domu patrzę na zalane deszczem miasto i czuję, że coś mnie łamie. W nosie kręci, w gardle drapie a głowa ciężka chyli się ku poduszce. Kuszące jest się rozchorować, zaszyć się w domu, obłożyć książkami, drapać za uchem psa i prosić "Zrobisz mi herbaty". Cóż, to nie jest najlepsza pora na chorowanie i "słodkie" nic nie robienie. To jest pora na działanie. Nim jednak zacznę działać muszę zadbać o siebie, otulić się kocem, rozgrzać od środka, rozruszać wesołym filmem w kochanym towarzystwie, pobyć sama ze sobą, przeczytać artykuł w gazecie. Takie popołudnie i wieczór na regeneracje.


Rozgrzewam się imbirówką, która stawia na nogi. Jak piszą sami autorzy przepisu to superrozgrzewający napój na przeziębienie i grypę, a znajdziemy w nim majeranek który zmniejsza temperaturę, tymianek co łagodzi kaszel, a imbir ma działanie rozgrzewające i silnie bakteriobójcze*.

Przepis pochodzi z książki Joli Słomy i Mirka Trymbulaka "Nakarmić duszę"**.


Imbirówka

Składniki:
2 szklanki wody
2 łyżki utartego świeżego imbiru
2 łyżeczki suszonego majeranku
1 łyżeczka suszonego tymianku
sok z 1 cytryny
1 łyżka miodu

Przygotowanie
Wodę w rondelku doprowadzamy do wrzenia, dodajemy imbir, majeranek i tymianek, gotujemy na małym ogniu przez 5 min. Nalewamy do filiżanek, przecedzając przez sitko. Kiedy ostygnie do temperatury ok 60 stopni C, dodajemy sok z cytryny i słodzimy miodem.

Na zdrowie!


* Znam już 5 przypadków "uzdrowienia" po imbirówce
** Monika dziękuję za książkę i za przypomnienie mi o niej tym przepisem :*

poniedziałek, 22 lutego 2010

Wedlowska czekolada na gorąco

Na ostatnim roku studiów wynajmowałam z przyjaciółkami mieszkanie w Centrum Warszawy. Cudowna okolica: w pobliżu park Saski, Starówka, Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście ... . Były to także początki znajomości z moim mężem ... . Mieliśmy wtedy taki fajny "rytuał". Co niedzielę, w jesienno zimowe popołudnia wybieraliśmy się na spacer do najstarszej pijalni czekolady w Polsce - Pijalni Czekolady Wedla na ulicy Szpitalnej. Przy filiżance klasycznej deserowej czekolady przesiadywaliśmy godzinami przy stoliku, rozmawiając o tym jak minął bieżący tydzień oraz snując plany na najbliższą przyszłość ... wspominam te chwile to miejsce z bardzo wielkim sentymentem.

Ostatnio rezerwując stolik w Pijalni zauważyłam, że na jej stronie internetowej znajduje się zakładka "Przepisy". Szef Kuchni zdradza w niej przepisy na przepyszne wedlowskie desery. Można znaleźć tam przepis na Wedlowskie Canelloni, Mini Tarty Czekoladowo-Różne czy Czekoladowy Suflet. Nie mogło oczywiście zabraknąć przepisu na Tradycyjną Czekoladę Na Gorąco.

Aż sama się zdziwiłam, że wyszła taka pyszna. Gęsta, intensywna i bardzo rozgrzewająca ... palce lizać :)



Składniki (dla 6 osób):

250 g czekolady deserowej Wedel
400 ml mleka 3,2% tł
200 ml śmietanki 36 %



Przygotowanie:

Mleko i śmietanę wlewamy do rondelka i doprowadzamy do wrzenia. Następnie dodajemy połamaną na małe części czekoladę. Nie zdejmując rondelka z palnika, ciągle mieszając, doprowadzamy do ponownego zagotowania. W czasie od 30 sekund do 1 minuty, gotując, doprowadzamy napój do pożądanej gęstości. Gotowe :)

Czekoladę można podać z dodatkiem likieru jajecznego Advocat: na dno każdej z filiżanek wlać po 40 ml.



Smacznego!

niedziela, 10 stycznia 2010

Rozpieszczam się...

siedzę sama w domu. Nic nie wyszło z planów wyjazdowych i spacerowych, czekam aż Pan B wróci i zjemy razem obiad. W między czasie pokręcę się pod domu, ogarnę kąty, poczytam, przygotuję wszystko na obiad a na razie zabijam zimno ciepłem. Za oknem wieje i ostre płatki śniegu a może deszczu biją o okno, a w domu świecą się kolorowe lampki i migają światełka w świątecznych świecznikach.


Czas na kakao. Mistrzem i wielbicielem kakao jest mój Tata. Mam takie wspomnienie. Niedziela albo sobota rano, w kuchni krzątamy się w trójkę, nad starym garnkiem w którym gotuje się mleko trwa dyskusja - dodać cukru czy lepiej nie, jeszcze trochę kakao czy już wystarczy. Takie niespisane i nieopisane rytuały.


Pisząc tego posta siedzę z kubkiem gorącego kakao, dokładnie takiego które przygotowuję Tato (jest bez dodatków, mocne, gęste, bardziej gorzkie niż słodkie). Do tego ekspresowe placuszki Nigelli (które smakują jak biszkopt, tyle że w wersji mini*) i można zaczynać dzień


Mój kubek kakao to:
Mleka tyle ile mieści się w kubku
1,5 czubatej łyżeczki kakao (mam duuży kubek, ok 350 ml)
1 łyżeczka miodu
czasami pół łyżeczki ekstraktu z wanilii

Do garnuszka z gotującym się mlekiem wsypuje kakao. Mieszam energicznie (najczęściej trzepaczką), słodzę i dodaje ewentualne dodatki... Chyba, że robię je z Tatą, wtedy to trwa zdecydowanie dłużej :)


Placuszki Nigelli (Nigella Ekspresowo)
z gotowego mix'u

Mix na placki
600 g mąki
3 łyżki proszku do pieczenia
2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka soli
400 g cukru waniliowego albo drobnego cukru /dla mnie za dużo, następnym razem dodam mniej/

Składniki mieszamy i zamykamy w słoju. Kiedy przyjdzie nam ochota na placki dodajemy do mix'u:

Na 150 g suchego mixu /co jest porcją dla 3 głodnych osób/
1 jajko
250 ml mleka
1 łyżka stopionego masła /czasami zastępuje olejem o neutralnym smaku/

Przygotowanie:
Składniki mieszamy na gladką masę. Na rozgrzaną patelnię nakładamy 1,5 lub 2 łyżki ciasta. W momencie gdy pojawiają się pęcherzyki powietrza przewracamy placuszki na drugą stronę i dosmażamy jeszcze przez minutę.

Podajemy z czym dusza zapragnie. Wg mnie do słodkich placuszków pasuje coś przełamującego ich smak.

Smacznego!

* muszę usmażyć większego placuszka i spróbować zrolować go jak roladę...hmmm..

P.S. Kakaowy przegląd czas zacząć :D

niedziela, 22 listopada 2009

Ziiimno...

więc rozgrzewam się Masala Czaj.

Kubek grzeje w ręce, w nosie świdrują zapachy a w brzuszku rozlewa się cudowne ciepło...mleczny słodko-pikantny smak to coś czego mi potrzeba w taki dzień jak dziś.

Masala czaj (proporcje i sposób wykonania podaje za Liską z White Plate podpierając się tym co ma do powiedzenia wikipedia ;)

Potrzebujemy:

1 szklanka wody
2 szklanki mleka
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego kardamonu (uwaga: zielonego, nie czarnego!)
10 goździków ubitych w moździerzu
mały kawałek kory cynamonu - dokładnie zmielony (u mnie łyżeczka)
1/4 łyżeczki czarnego pieprzu
szczypta gałki muszkatołowej, (gałkę muszkatołową zastąpiłam kwiatem muszkatołowca - malutki 1cm kawałek)
szczypta suszonego imbiru
1/2 łyżeczki startego świeżego imbiru
3 - 4 łyżeczki czarnej herbaty sproszkowanej (użyłam przepysznej indyjskiej, przywiezionej jako prezent no name niestety)
6 łyżek cukru (u mnie miód)

Przygotowujemy
Wlewamy wodę do garnuszka, wsypaujemy przyprawy i gotujemy na wolnym ogniu 15 -20 min. Następnie dodajemy herbatę i znowu czekamy aż się zagotuje. Zdejmujemy z ognia, przecedzamy. Do wywaru dodajemy sześć łyżeczek cukru /lub miodu, warto spróbować, ja wolę mniej słodkie więc dodaje mniej/ i mleko. Czekamy aż się zagotuje i podajemy. Ja podaję w ogrzanych filiżankach, kubeczkach albo czarkach. Lubię gdy jest bardzo, bardzo ciepła, ale już nie gorąca.

Na zdrowie i smacznego!
Masala czaj jako napój rozgrzewający bierze udział w Korzennym Tygodniu.


P.S. Przewodnią piosenką dzisiejszego poranka jest:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...