Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lutego 2016

Chlebek bananowy - Po prostu Nigella.

Odkąd dieta naszego Małego Człowieka zaczęła być czymś więcej niż tylko mlekiem, w naszym domu są one cały czas - banany. Są niezastąpione na kapryśne momenty niejedzenia, spacery czy płaczliwe powroty ze żłobka. Gdy Mały Dzielny Człowiek jest zmęczony i jednocześnie pobudzony a drzemka dopiero za kilka minut w domu. Gdy ma dzień na NIE, a my już nie mamy siły na to by namawiać go na inne jedzenie - banan, jabłko czy kiwi i do przodu. Poza świeżymi, w lodówce mam kilka zamrożonych przejrzałych bananów, czy to na koktajl, placki czy na ciasto. Jeśli chodzi o ciasto to do tej pory na naszym stole rządził chlebek bananowy Sophie Dahl. W nocy o północy, z zamkniętymi oczami mieszałam i piekłam. Na słodką kolację, deser dla niezapowiedzianych gości, śniadanie do pracy czy do żłobka. Od czasu gdy pojawił się G, ograniczyłam w nim ilość cukru, ale smakuje nam nadal.
Wczoraj wieczorem, w ramach kompulsywnych zachwytów nad Po prostu Nigella, pojawił się jego zastępca. Niby kolejny chlebek bananowy, niby bardzo podobny. Ale dzięki dodatkowo jogurtu i zamianie masła na olej, lżejszy, bardziej chlebowy a mniej ciastowy. Słodki, ale nie za bardzo. (myślę, że można jeszcze ograniczyć ilość słodyczy w nim).
Chlebek powiedziałabym dość zwyczajny, z miłą nutą kardamonu i chrupiącym i zaskakującym ziarnem kakaowca. Ale w tej zwyczajności jest pewna cudowna moc i to na kilku poziomach. Chlebek piekąc się a następnie stygnąć doprowadza do szału domowników, którzy chcieliby go już wyjąć z piekarnika, pokroić i zjeść. Ale nie, nie można. Trzeba czekać. Druga sprawa, to jak już wystygnie i rano będziemy go kroić na porcje to zobaczymy, że super się kroi, jest sprężysty, o regularnych dziurkach i obłędnym zapachu. Chciałabym powiedzieć, że się dobrze przechowuje, ale chyba nie będzie mi dane sprawdzić tego empirycznie.

Mój chlebek piekł się o ponad 15 min dłużej niż ten w przepisie. Dałam całość cukru, ale następnym razem ograniczę odrobinę jego ilość. Ziarno kakaowca można swobodnie zamienić na orzechy, albo zupełnie pominąć.


Przy okazji chlebka napisze jeszcze słowo o Po prostu Nigella, bo ta książka jest dla mnie ogromnie pozytywnym zaskoczeniem. Gdy zobaczyłam okładkę, a następnie zapoznałam się z kilkoma przepisami miałam poczucie, że czeka na mnie książka mdła, rozmyta i mało konkretna. Bałam się też, że Nigella w ramach zmian życiowych zeszła na drogę odchudzonego menu typu light, super foods i dań typu raw. Jednak na youtube udało mi się zobaczyć kilka odcinków pierwszego sezonu Simply Nigella (fatalna jakość filmów, ale czego się nie robi dla Nigelli). Z minuty na minutę, z przepisu na przepis coraz bardziej podobała mi się koncepcja przemiany jaką przeszła Nigella i jej przepisy. Są lżejsze, są świeższe, często bezglutenowe i zawierające super foods ale są nadal z tym cudownie hedonistycznym rozmachem. Obok ascetycznych warzyw i ryb są też konkretne i barokowe w smaku mięsa i obłędne ciasta.
Kupuje przemianę i kupuję książkę w całości i już na najbliższe tygodnie mam rozpisane dania na JUŻ.


Chlebek bananowy z kardamonem i ziarnami kakao
źródło: Po prostu Nigella. Nigella Lawson

Składniki:
2 bardzo dojrzałe banany (250-275g ze skórką)
2 duże jajka
200ml maślanki albo rzadkiego jogurtu
125 ml oleju
325g mąki
200g jasnego cukru czcinowego
1,25 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżeczki mielonego kardamonu
Foremka 23/13/17cm

Przygotowanie
Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni, a formę wukładamy papierem do pieczenia i smarujemy olejem
Ciasto przygotowywałam mikserem ale Nigella twierdzi, że przy pomocy łyżki też da radę.
Rozgniatamy banany i ubijamy je mikserem dodając po jednym jakski. Następnie dodajemy maślankę/jogurt, olej i dokładnie miesamy.
W osobnej misce mieszamy mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę oraz kardamon. 
Zmniejszamy obroty miksera i powoli dodajemy suche składniki. Mieszamy aż do połączenia się składników, pod koniec można zwiększyć obroty. Możliwe, że w między czasie będziemy musieli gumową szpatułką zebrać część niewymieszanego ciasta ze ścianek miski.
Ciasto przekładamy do formy i wkładamy do piekarnika na około godzinę. Po 34 minutach warto sprawdzić czy ciasto jest upieczone - suchy patyczek. Moje wymagało około 1h 15m w piekarniku.
Ciasto studzimy w formie ustawionej na kratce. Ostudzone owijamy papierem a następnie folią spożywczą.
W szczelnym pojemniku utrzymuje świeżość do tygodnia (aha...jasne, ciekawe czy ktoś to widział).
Może być zamrażane przez 3 miesiące - owinięte w folię spożywczą. Rozmrażamy odwiniętą z foli, w temperaturze pokojowej.


Smacznego!

czwartek, 22 sierpnia 2013

Pada! Spokojnie, jest czekolada :)


Pierwszy chłodny i deszczowy dzień tego lata wymagał specjalnych środków. W pracy walczyłam z sennością, w drodze do domu brnęłam przez kałuże na nierównych chodnikach, przemykałam pomiędzy parasolami, walczyłam z wiatrem i cierpiałam przez przemoczone buty.
To nie był dobry dzień na przedłużającą się podróż do domu. To był dzień, który wymagał specjalnych środków.
Zmarznięta, skulona w środku dopadłam domu, kanapy, koca i ciepłych skarpet. Przygarnęłam psa jak termofor i oddałam się błogiemu zagrzewaniu. Potrzebowałam ciepła i przytulnej przestrzeni.. W naszym domu, o wiecznie otwartych oknach, pachniało deszczem, liśćmi i zbliżającą się jesienią. Potrzebowałam dopełnić albo odmienić ten zapach.
Już w tramwaju wymyśliłam, że dom będzie pachniał czekoladą i orzechami, a zamiast świeczki czy potpourri do piekarnika wstawię ciasto.

Mój wybór padł na najbardziej podstawowy i najprostszy przepis jaki znam. Prostszy i mniej bałaganiarski niż muffinki. Jedna miska, jedna łyżka, jeden garnek w którym podgrzejemy wodę. Przyda się oczywiście waga i może jakaś miarka (chociaż u mnie się obeszło, wszystko odmierzałam od razu do jednego naczynia).
Podstawowy przepis na brownie z książki Hummingird Bakery. Kilka składników i moment mieszania. Z rozpędu wzbogaciłam ciasto orzechami włoskimi i dokonałam jednej niewielkiej zmiany. W domu zabrakło mi gorzkiej czekolady, ratowałam się więc mleczną, by ciasto nie było zbyt słodkie ograniczyłam ilość cukru a część mąki (30g) podmieniłam na gorzkie kakao.

Ciasto wyszło wspaniałe, inne niż moje inne brownie - to z solonym karmelem czy orzechami, o serniko-brownie nie wspominając. Bliskie składem i proporcjami temu, o którym pisała kiedyś Monika -> klik. Bardzo płaskie, bardzo czekoladowe, ma z wierzchu przepyszną skorupkę a wnętrze ciągnące i wilgotne. Zazwyczaj, nastawionemu trochę na nie do czekoladowych wypieków, Panu B, bardzo bardzo smakowało. Mi w konsystencji i smaku przypomina proste ciasteczka czekoladowe na bazie białek.


Tradycyjne brownie z Hummingbird Bakery
Źródło: The Hummingbird Bakery Cookbook

Składniki:
200g gorzkiej czekolady
175g masła
325g drobnego cukru (wg mnie jest to strasznie dużo, bez mlecznej czekolady i tak bym ograniczała jego ilość)
130g mąki
3 jajka
Duża garść z grubsza posiekanych orzechów włoskich (mój dodatek)
Do ozdoby – cukier puder

Przygotowanie
Piekarnik rozgdzewamy do 175 stopni. Blachę do pieczenia o wymiarach a 33 x 23 x 5cm (u mnie 24 x 24) wykładamy papierem do pieczenia.

W kąpieli wodnej rozpuszczamy masło razem z czekoladą. Gdy czekolada się roztopi i połączy z masłem dodajemy cukier – mieszamy dokładnie. Następnie dodajemy mąke – mieszamy dokładnie. Dodajemy jajka (ja dodawałam po jednym, choć w przepisie o tym nie wspominaja) i mieszamy aż do uzyskania gładkiej masy.

Ciasto przelewamy do blachy do przygotowanej pieczenia. Jeśli mamy taki kaprys, posypujemy orzechami, kawałkami czekolady albo owocami.
Pieczemy 30 do 35 min. Ja w 25 minucie sprawdziłam czy ciasto jest gotowe i okazało się że tak.

Odstawiamy na na kratkę by przestygło. Wystudzone kroimy na kawałki i podajemy ze szklaną mleka albo gorzką kawą.

Smacznego!

P.S. Miała być dziś sesja zdjęciowa. Okazało się jednak, że nie ma czego fotografować. Wrzucam więc wczorajszen"kolacyjne" zdjęcie :)

czwartek, 10 listopada 2011

Ulubione ciasteczko Pana B.

Jesień nas rozpieszcza, a mnie rozpieszcza w szczególności, w końcu to moja ukochana pora roku. Pod koniec lata (nawet tak deszczowego jak tegoroczne) marzę o zmianie garderoby, z miłością patrzę na grube marynarki, szaliki, szarości, rudości i zielenie. Wyczekuję kolorowych liści, błękitnego nieba, porannych mgieł, wieczornych chłodów, szronu na trawnikach. Zachwycam się dniami pełnymi światła jak i tymi z mgłami i już prawie gołymi drzewami. Wdycham zimne powietrze, gubię się w mgle - jest pięknie!


Tej jesieni piekę proste ciasteczka, w sumie w kółko te same. Ulubione ciasteczka Pana B. I na nic zdają się moje próby przekupienia go czymś innym.
Ciasteczka są pyszne - maślano-cukrowe z moim dodatkiem. Dodatkiem, który ze zwykłych ciasteczek robi to coś. Mam na myśli ziarno kakaowca. Kupione w Wiedniu na przecudownym Naschmarkt (na którym spędziliśmy pół dnia). Ciasteczka poza maślanym smakiem zaczynają pachnieć kakao, a z grubsza tylko rozkruszone ziarna dodają ostrości, charakteru tego niesamowitego czekoladowo-gorzkiego posmaku.
Pyszne, uzależniające...


Waniliowe ciasteczka z ziarnem kakaowca
Źródło "Indulgence Cookies: a fine selection of sweet treats"

Składniki na 36 sztuk

185 miękkiego masła
230 g drobnego cukru
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
1 jajko
310 g mąki
75 g cukru kryształ (ja pomijam)
damską garstkę rozkruszonych z grubsza ziaren kakaowca (opcjonalnie)

Przygotowanie
W misce ubijamy masło z drobnym cukrem i ekstraktem waniliowym na jasną i puszystą masę, następnie dodajemy jajko i mieszamy aż składniki się połączą.
Do miski z maślaną masą przesiewamy mąkę, dodajemy ziarno kakowca i mieszamy drewnianą łyżką (ja zagniatam szybko rękoma, nie wyjmując ciasta z miski)
Ciasto dzielimy na dwie równe części, owijamy folią spożywczą i wkładamy na godzinę do lodówki.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni, dwie blachy wykładamy papierem do pieczenia*.

Po godzinie ciasto wyjmujemy i rozwałkowujemy pomiędzy dwoma kawałkami papieru (ja rozwałkowuję na silikonowej macie delikatnie posypując mąką) na grubość 5 mm (nie cieniej!!).
Ciasteczka wycinamy foremką (serduszko 5 cm) i układamy na blasze zostawiając 4 cm odstęp.
Ciasteczka można posypać cukrem kryształem, który delikatnie wciskamy w ciasto.
Pieczemy 8do 10 minut aż się lekko zezłocą. Studzimy przez kilka minut na blasze, a następnie przekładamy do całkowitego wystygnięcia na kratkę.
Ciasteczka można przechowywać do 7 dni w szczelnie zamkniętym pudełeczku.

Smacznego!


* Proces pieczenia organizuje sobie inaczej. Piekarnik uruchamiam dopiero po wycięciu ciasteczek. Wycięte ciasteczka układam na blachach, przykrywam folią i wkładam do lodówki a tam spokojnie czekają na swoją kolej do pieczenia.
System sprawił, że w mojej szybko nagrzewającej się mikrokuchni pieczenie maślanych ciasteczek wreszcie jest przyjemnością. Ciasto się nie topi, nie rozchodzi, a takie schłodzone ciasteczka zachowują kształt w trakcie pieczenia.




niedziela, 16 października 2011

Chlebek bananowy o poranku i inne przyjemności :)

Śniadanie to mój ulubiony posiłek, a poranek (obok zmierzchu) to ulubiona pora dnia. Gdybym mogła z przyjaciółmi i znajomymi zamiast na kolacje i obiady umawiałabym się na śniadania. W domu w piżamach, albo w kawiarni przy dużym oknie. Niestety jestem chyba jedynym tak skrajnym skowronkiem, więc na razie śniadania jadam sama, ewentualnie w towarzystwie psa. Gdy jest ciepło ruszamy z Dychą na dłuuugi spacer. Po drodze kupuję dla siebie kawę w papierowym kubku i drożdżówkę, albo przysiadam w kawiarnianym ogródku. Pies przy nogach, gazeta, kawa i rozkręcająca się Warszawa.
Jesienią i zimą śniadania zdecydowanie odbywają się w domu, piżama, skarpety, na kanapie pod kocem, albo z nogami po turecku przy stole. Byle ciepło i byle długo. Ciesze się dniem dla siebie nim wstanie Pan B.


Dziś rozpoczynałam dzień z psem wtulonym w moje nogi, z książką i ciepłym mlekiem. A do jedzenia chlebek bananowy Sophie Dahl.
Chlebek zawitał już na tylu blogach, że wahałam się czy w ogóle go zamieszczać. Ale co tam! przecież jest pyszny, a ja robiłam go już 5 razy w przeciągu miesiąca.
Przepis dedykuję mojej kochanej O, za wszystko i za dzisiejszy poranek z II śniadaniem, rozmową i zakupami :)


Chlebek bananowy
Źródło: książka "Apetyczna Panna Dahl"

Składniki
4 dojrzałe banany (takie, na których pojawiły się już brązowe kropki)
75 g miękkiego masła
150 g brązowego cukru
1 jajko, delikatnie roztrzepane
1 cukier waniliowy (u mnie esencja waniliowa)
170 g mąki orkiszowej (używałam już mąki zwykłej pszennej, pszennej chlebowej oraz orkiszowej chlebowej - za każdym razem jest super)
szczypta soli
1 łyżeczka sody

Przygotowanie

Formę keksówkę (u S.D. 20 cm, u mnie 24 cm) wysmarować masłem i posypać bułką tartą (ja wysypuję semoliną albo kaszką manną).
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni.

Banany rozgnieść widelcem połączyć z masłem, jajkiem, cukrem i wanilią. Mąkę połączyć z solą i sodą, dodać delikatnie do maślano-bananowej masy. Dokładnie wymieszać.
Ciasto wlać do formy, wstawić do piekarnika i piec godzinę (do suchego patyczka).
Ciasto ostudzić w formie.

Smacznego!

piątek, 22 lipca 2011

Lody waniliowe!

Ze wszystkich deserów na świecie najbardziej lubię lody. Dobre lody, lody zimne, konkretne (konkretność dotyczy także sorbetów), które mają konsystencje lodów a nie zamrożonej bitej śmietany czy wody, które trochę drapią w język i topią się w ten szczególny sposób.


Nieopodal domku na Wsi, w pobliskim miasteczku jest cukiernio-lodzialnia. Odkąd pamiętam lody są tam takie same - śmietankowe, truskawkowe, kakaowe, orzechowe i bakaliowe. Nie przypominają lodów włoskich, są lżejsze, słabiej zmrożone,cudownie się topią i jeszcze lepiej smakują. Nie ma nowych smaków, są tylko nowe połączenia. Po latach mieszania orzechowych z czekoladowymi lub bakaliowymi, teraz wybieram śmietankowo-truskawkowe. Gdy byłam mała sprzedawane były w malutkim sklepiku wyłożonym boazeria. Pomiędzy witrynami z jagodziankami, struclami i pączkami stały okrągłe, głębokie pojemniki z lodami. Przykrywane wiekiem skrywały skarby. Cukiernia była jedna, tak jak i jedna była piekarnia. Po odstaniu w jednej kolejce (chleb) stawaliśmy rodzinnie w drugiej - po lody. W około latały pszczoły i osy, odbijały się od szklanych witrynek obojętne na czekające po słodkości tłumy. W kolejce trwały negocjacje czy jedna czy dwie kulki, który smak, "a dlaczego on może dwie a ja jedną", "ja też chce..ale mamo!! ale tato!!"...
Czasy się zmieniły i lodziarnia wygląda zupełnie inaczej - duże, klimatyzowane pomieszczenie, połączone ze sklepem....ale smak czy to ciast czy lodów ten sam. I może to nie są najlepsze lody na świecie, ale są takie same jak lata temu. I nadal sprzedają je tylko od wiosny do połowy września - ot taka sezonowa działalność.


Lody M. Roux są inne niż te z mojej cukierenki. Są bardziej treściwe (pewnie przez dodatek śmietany), mają więcej igiełek, chociaż konsystencja jest bardzo fajna (przez brak maszynki do lodów). Natomiast są równie pyszne! Domowe, mocno, mocno waniliowe i zimne. Cudownie się topią i bosko smakują. I są proste!

Z braku odpowiedniej maszynki (..fajnie byłoby mieć taką maszynkę...) skorzystałam z metody 30 - 60 - 90 - 120 - 180 - 240 mrożenia przedstawionej przez Polkę z Around the kitchen table. Metoda zakłada mieszanie zamrażających się lodów co pewien czas, dlatego proponuję aby przygotowywać lody raczej z rana niż wieczora...bo z wieczora może nam się przeciągnąć do późnych godzin nocnych (tak jak mi). Metodę dokładnie cytuję pod przepisem.

Bez dalszego przeciągania, zapraszam na lody waniliowe Michela Roux.


Lody waniliowe na bazie kremu angielskiego
przepis M. Roux "Jajka"

Składniki:

Podstawa, czyli krem angielski:
500 ml mleka
125 g drobnego cukru
nasionka z 1 laski wanilii, przeciętej wzdłuż*
6 żółtek

Dodatkowo:
100 ml śmietanki kremówki albo tortowej

Przygotowanie:
Do garnuszka wlewamy mleko, dodajemy 2/3 cukru i wanilię (laskę wanilii - wrzucamy do gotującego się mleka i wyjmujemy jak płyn przestygnie), na średnim ogniu doprowadzamy do wrzenia. W międzyczasie w osobnej misce ucieramy żółtka z resztą cukru, do uzyskania rzadkiego kremu. Gotujące się mleko wlewamy do żółtek, cały czas mieszajamy trzepaczką. Płyn przelewamy z powrotem do garnuszka
Podgrzewamy na małym ogniu, cały czas mieszając drewnianą łyżką, aż krem będzie ją lekko oblepiał. Jak tylko uzyskamy lekko gęstą konsystencje zdejmujemy z ognia, niemożna doprowadzać do wrzenia - krem by się zważył. Przelewamy go do miski i pozostawić do ostygnięcia. Schładzamy w lodówce. Zimny krem angielski mieszamy z zimną kremówką. Wlewamy do maszyny do lodów i dalej postępujemy zgodnie z instrukcją instrukcji. Gotowe lody powinny być zwarte, ale zachowywać kremową konsystencję.

Gdy nie dysponujemy maszynką, stosujemy się do metody Polki:
Gotową chłodną masę, wlewamy do pojemnika i wkładamy do zamrażalnika. Pierwszy raz wyjmujemy op 30 minutach i miksujemy masę mikserem na najwyższych obrotach. Czynność powtarzamy po 60, 90, 120, 180 i 240.
Po tym czasie przykryte folią zostawiamy w zamrażalniku na noc.
Przed podaniem wyjmujemy z zamrażalnika i wkładamy do lodówki na 15-20 minut**.

Smacznego :)


* A jak nie, to wrzucamy do słoiczka, zasypujemy cukrem i mamy cukier waniliowy :D
** Raz zamrożone lody nie nadają się do ponownego zamrożenia. Dlatego też po ostatnim mieszaniu przekładam lody do kilku mniejszych pojemników.


czwartek, 14 lipca 2011

B&B czyli Bób i Bruschetta

Bób smakuje mi najbardziej w jego najmniej wytwornej formie - dopiero co ugotowany (może ciut przegotowany), podawany na sitku, z miseczką na łupinki obok. I ten bób w tym sitku, czy też durszlaku leży po środku stołu albo piknikowego koca. Ręka za ręką, ziarnko za ziarnkiem...jemy i mówimy. W moim idealnym świecie zaraz obok mam pod ręką mrożoną herbatę z miętą. Aby zjeść taką miskę bobu potrzebni są ludzie w dużej ilości i duuuużo czasu :) A gdy czasu mamy mniej a i ilość ludzi skromniejsza niż pluton wojska. W takiej sytuacji proponuję pastę z bobu. Szybką (jakżeby inaczej), pyszną, ostro-fasolowo-gorzkawą. Przy całej swojej "fasolowatości" niesamowicie świeżą, no i ten kolor!


A taką pastę zjemy na na śniadanie (np. sobotnie), na lunch, albo na wczesną kolację. U mnie wystąpiła w roli wczesnego sobotniego lunchu (obiadu?!). Pasta z bobu i pyszne pieczywo, które ostatnio mogę kupić koło domu. Nic więcej nie potrzeba .No dobrze, z tym nic to przesadziłam. Potrzeba chwilki by ugotować bób, potrzeba minutki by go zmiażdżyć i dodać składniki, moment aby opiec chleb. No i trzeba mieć towarzystwo z którym można zjeść taki posiłek...


Pikantna pasta z bobu
365 good reasons to sit down to eat, Stephane Reynaud's

Składniki na 6 porcji:
1 kg bobu
15o ml oliwy z oliwek
parę kropli Tabasco
1 szalotka (użyłam młodej cebulki)
6 "liści/gałązek" szczypiorku
fleur de sel (użyłam soli Maldon)
kromki bagietki lub dobrego chleba do podania

Przygotowanie:
Ugotowany* bób należy obrać a następnie rozgnieć razem z oliwą, Tabasco, cebulką i szczypiorkiem (ja rozgniotłam niezbyt dokładnie). Mieszamy i doprawiamy solą. Podajemy z tostami, opiekanym chlebem ale można i z tacos. Jakkolwiek by nie było, będzie pyszne!

Smacznego!


* jeśli chodzi o gotowanie to S. Reynaud's pisze aby najpierw wyłuskać swój bób, a następnie gotować go 1 minutę, przelać zimną woda i obierać. Ja nie miałam aż tak młodego i świeżego bobu. Gotowałam bób 15 minut aż był miękki ale nie "maziowaty" i miał nadal piękny zielony kolor.

P.S. A oto mój kuchenny pomocnik.

wtorek, 12 lipca 2011

Krem marchwiowy z migdałami

Szybko, pysznie i zdrowo - to główna zasada przedstawionych przez Gillian McKeith przepisów w książce "Jesteś tym co jesz". Ostatnio ten tytuł wpadł w moje ręce i od tej pory zajmuje pierwszą pozycję w książkach, które pomagają mi zaplanować codzienne menu. Przepisy na pyszne koktajle, zupy, sałatki i danie główne, które przede wszystkim opierają się na warzywach i owocach to doskonała propozycja letniej diety. Polecam!


KREM MARCHWIOWY Z MIGDAŁAMI

Składniki:

2 cebule, obrane i posiekane
2 ząbki czosnku, obrane i posiekane
6 marchwi, pozbawionych końcówek, obranych i pokrojonych w plasterki
2 łodygi selera naciowego, pozbawione końcówek i posiekane
1 łyżka bulionu warzywnego w proszku
2-3 łyżki posiekanej kolendry; łodyżki odłożyć
2-3 łyżki posiekanej natki pietruszki; łodyżki odłożyć
100g mielonych migdałów


Przygotowanie:

Cebulę, czosnek, seler naciowy i marchew umieścić w dużym garnku i zalać bulionem rozpuszczonym w 1,25 litra wody. Doprowadzić do wrzenia, a następnie dorzucić odłożone łodygi ziół. Zmniejszyć ogień i gotować 30 min, do momentu jak warzywa zmiękną.

Zupę zdjąć z ognia i nieco ostudzić. Następnie odcedzić, pozostawiając wywar do dalszego użycia. Wyjąć łodygi, a pozostałe warzywa zmiksować na gładką masę.

Zmiksowane warzywa przekładamy z powrotem do garnka, dorzucamy zmielone migdały (osobiście nie mielę ich całkowicie, tylko roztłukuję na kawałki wyczuwalne pod zębem), i dolewamy tyle wywaru by otrzymać pożądaną konsystencję zupy.

Podgrzewamy ponownie, przelewamy do miseczek, i podajemy udekorowaną posiekaną kolendrą i pietruszką.

Smacznego!


"Marchew jest źródłem przeciwutleniaczy opóźniających procesy starzenia się, natomiast migdały to prawdziwa kopalnia składników odżywczych, w tym magnezu, wspomagającego pracę nadnerczy. Niski poziom magnezu powoduje napięcie nerwowe, toteż migdały są naturalnym środkiem pomagającym zwalczać stres"

Gillian McKeith - "Jesteś tym co jesz - książka kucharska"

wtorek, 21 czerwca 2011

Ciasto nektarynkowe na drogę

Dłuuugi weekend za nami, jeszcze dłuższy przed nami. Weekend jakiego nie mieliśmy od dawna, razem, spokojnie. Nawet pogoda w kratkę była nam na rękę. Nic nie kusiło by iść na spacer, więc z pełną premedytacją była kanapa, kuchnia, leniwe chodzenie w piżamie, nawet spacery z psem były krótkie ;) A wieczorem koncert, spotkanie siostra-brat i rozmowy jakich nie miałam od dawna.


Znowu jestem w drodze, ale za niecałą dobę będę w domu. W niedzielę rano upiekłam ciasto*, spiesząc się wieczorem na pociąg zabrałam ze sobą kawałeczek. Poniedziałkowe drugie śniadanie miało smak domu.


Ciasto jest wilgotne, konkretne a jednocześnie lekkie dzięki dodatkowi owoców. Świeże i pyszne. Mi przypomina trochę biszkopt, Panu B keks albo ciasto ucierane - trudno powiedzieć do czego jest podobne, dlatego najlepiej będzie jak sami spróbujecie. Dodałam mniej cukru i odrobinę mniej masła (tego drugiego zabrakło mi w domu) i to był dobry pomysł. Chciałabym wypróbować przepis z innymi owocami, ale nie wiem jeszcze jak zastąpić miksowane nektarynki w wypadku np. truskawek czy malin.


Ciasto nektarynkowe (przepis z 29 czerwiec)
przepis pochodzi z książki 365 good reasons to sit down to eat, Stephane Reynaud's

Składniki:
6 nektarynek (u mnie 6 małych moreli i 3 nektarynki)
4 jajka
25o g cukru (dodałam 200 i ciasto jest wystarczająco słodkie)
15o g masła (dałam 120 i było ok)
15o g mąki
1oo g semoliny (średniej)
5 g proszku do pieczenia

Przygotowanie:
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni.

2 nektarynki miksujemy na puree. Pozostałe tniemy na małe kawałki (u mnie nie za małe). Roztapiamy masło i odstawiamy na chwilę aby przestygło. Jajka ubijamy z cukrem (w przepisie nie napisano, ale ubiłam aż do uzyskania lekkiej, prawie białej masy).
W misce mieszamy nektarynkowe puree, stopione masło, masę jajeczną, obie mąki i proszek do pieczenia. Owoce układamy w formie (ja wyłożyłam papierem formę 24x24 cm), zalewamy ciastem i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy około 30 minut (u mnie 35 minut, ciasto dość długo w środku było miękkie).

Czekamy aż przestygnie i podajemy!

Smacznego!

PYSZNIE!


* Poza ciastem upiekłam pizze, focaccia, zrobiłam tiramisu .... :]

niedziela, 19 czerwca 2011

Tiramisu...BOSKIE!!!

Tym razem zdjęcia brak, nie zdążyłam. :) W zamian prezentuje przepyszne peonie i przepis na cudowne tiramisu :)

Zakochałam się w tiramisu, zakochałam się w tym jakie jest proste*. Jest w tym deserze coś codziennego i odświętnego jednocześnie. Moja ulubiona wersja to wyjadane łyżkami z wspólnej miski, gdy siedzimy z nogami po turecku a rozmowa trwa i trwa i trwa.... Wersja w pucharkach na zakończenie wykwintnego obiadu też ma swój urok ;)
Od pierwszego razu z tiramisu, wypróbowałam kilka przepisów. Prezentowane poniżej połączenie dwóch przepisów (Anny Del Conte i Liski z White Plate) stanowi dla mnie połączenie idealne. Zatopione w czekoladowo-kawowym "syropie" biszkopty i gesty a jednocześnie delikatny krem.


Tiramisu Anny Del Conte
Anna Del Conte "Classic Italian Recipes"

Składniki
2 łyżki stołowe drobnego cukru
4 łyżki stołowe brandy (używam Amaretto albo Kahlua)
200 ml espresso
60 g gorzkiej czekolady
200 g savoiardi (użyłam tych firmy SAN)
2 łyżeczki kakao

Krem**
2 jajka
50 g cukru pudru
400 g mascarpone

Przygotowanie:
Drobny cukier, alkohol, czekolad i kawę podgrzać w rondelku aż cukier i czekolada się rozpuszczą. Pozostawić do wystygnięcia.
Jajka ubić na puszystą masę*** i delikatnie połączyć a mascarpone.

Biszkopty delikatnie zanurzamy w chłodnym syropie kawowo-czekoladowym i układamy w formie. Na warstwę biszkoptów wykładamy masę.
W zależności od tego czy lubimy wysokie czy niskie tiramisu wybieramy mniejszą bądź większą formę. Jeśli lubimy wyższe to krem przykrywamy kolejną warstwą biszkoptów, a te kremem. Ostatnia warstwa powinna być kremowa.

Deser przykrywamy starannie folią spożywczą i odstawiamy do lodówki na 5 godzin, chociaż najlepiej zrobić go dzień wcześniej.
Przed podaniem posypujemy 2 łyżkami kakao (obsypując przez sitko)

Smacznego!



* Deser jest prosty, nieangażujący. Postępując krok za krokiem za przepisem (każdym przepisem z którego gotowałam) mamy gwarancję udanego smaku. I tu pojawia się moje pytanie - skąd w knajpkach i restauracjach tyle źle przyrządzonego tiramisu??

** Dla tych, którzy wolą konkretniejsze kremy proponuję przepis Liski. Mój idealny krem do tiramisu. No i wychodzi go więcej :D
Przepis z White Plate

Składniki:
- 2 żółtka
- 3 łyżki cukru pudru
- 500g mascarpone
- ok. 150ml śmietanki 36%

Przygotowanie:
Żółtka ubić z cukrem mikserem. Zagotować wodę w rondelku i zdjąć z ognia. Postawić miskę z ubitymi żółtkami na rondelku i ubijać mikserem, aż krem potroi objętość. Kontrolować temperaturę kremu, żeby jajka się nie ścięły. Gdy krem już będzie gotowy, zostawić na 2-3 minuty żeby zupełnie ostygł. Do miski dołożyć mascarpone i wymieszać drewnianą łyżką, aż dobrze się połączy (absolutnie nie mieszam mikserem, zmiksowane mascarpone robi się zupełnie płynny i później rzadko kiedy deser ma konsystencję dobrą do krojenia ładnych porcji). W drugiej misce ubić śmietankę na sztywno, dodać ją do kremu z mascarpone i wmieszać delikatnie od dołu do góry.

*** Ubijamy tak jak w przepisie Liski :)

czwartek, 9 czerwca 2011

Smażone kwiaty cukinii

Za co uwielbiam Toskanię i co powoduje, że chcę tam wracać co roku? - JEDZENIE! Sery, warzywa, owoce, wędliny i wino! (pieczywo niestety nie w moim guście). Czosnek, rozmaryn, bazylia ... ich aromaty unoszą się we wszystkich restauracjach. I chociaż miło jest usiąść po całym dniu przy nakrytym stole i próbując ogarnąć wszystkie smakowite propozycje w menu, skosztować w lokalu włoskiej kolacji ... to my z mężem jednak bardzo często woleliśmy poeksperymentować we własnej kuchni i samodzielnie od A do Z odkrywać toskańskie smaki :)

Na każdym wyjeździe towarzyszy nam książka kucharska kuchni włoskiej. W tym roku zabraliśmy ze sobą "Smaki północnej Italii" Marleny De Blasi. M.in. wypróbowaliśmy smażone kwiaty cukinii, które chodziły za mną już od jakiegoś czasu. Niestety w Polsce nie ma do nich dostępu, a tak się przytrafiło, że urlop wypadał nam w sam środek ich sezonowości :)

To niesamowicie proste danie oczarowuje swoją wyjątkowością. Jest delikatne i wyraziste zarazem. Aksamitne ciasto piwne było najsmaczniejszą odmianą ciasta, które smażyłam na głębokim oleju. Kwiaty są soczyste i lekkie. Całość posypana solą morską i podana ze schłodzonym białym winem ... smakowite wspomnienie tegorocznego urlopu :) A o pozostałych smakach Toskanii w następnym poście :)

p.s. w Polsce nie udało mi się do tej pory spotkać z kwiatami cukinii. Ponieważ ciasto jest bardzo wyjątkowe, polecam zamianę w przepisie kwiatów na dowolne warzywo - wyjdzie równie pysznie (próbowałam na plastrach cukinii - pycha!) :)


Składniki:

20 kwiatów cukinii w idealnym stanie (lub inne warzywa)
1,5 szklanki mąki uniwersalnej
piwo (u mnie 3/4 butelki)
sól morska
olej arachaidowy


Przygotowanie:

Przy pomocy nożyczek nacinamy podstawę każdego płatka przy łodyżce, tak by kwiat bardziej się otworzył. Opłukujemy dokładnie kwiaty i układamy je na papierowym ręczniku do odsączenia.

W płytkim, szerokim naczyniu ucieramy mąkę z taką ilością piwa, by powstało ciasto o konsystencji gęstej śmietany. Przykrywamy miskę i odstawiamy na bok.


Rondel wypełniamy na 7,5cm olejem arachidowym i na małym ogniu podgrzewamy. Kwiaty cukinii zanurzamy w cieście, strząsamy jego nadmiar, następnie pojedynczo zanurzamy w rozgrzanym oleju i smażymy na ciemnozłoty kolor z każdej ze stron. Wyjmujemy szczypcami i przekładamy do odsączenia na papierowym ręczniku.

Podajemy ciepłe, posypane solą morską, z kieliszkiem idealnie schłodzonego wina. Pycha!


Smacznego!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Fajitas czyli szybkie danie.

Wracam do domu, myję ręce, przebieram się z wersji "pracowej" na wersję domową, mijają minuty a z kuchni słychać stukot noża o deskę, radio, rozmowę Pana B z psem. Mijają minuty a w kuchni odbywa się mieszanie i smażenie. Patelnia na kuchence aż dymi, pachnie wędzoną papryką i kminem rzymskim.
Pan B gotuje. Mija ciut więcej czasu niż obiecane w książce 19 minut, ale na tyle niewiele, że jem prawie od razu po wejściu do domu.


Nowa książka na półce - Jamie Oliver "Każdy może gotować", którą Pan B dostał na gwiazdkę, pełna jest prostych, szybkich, podstawowych przepisów, takich trochę "zazwyczaj zamawiam to z dostawą do domu". Niby nic odkrywczego, żadnych wykwintnych dań, skomplikowanej listy produktów. To kuchnia domowa, dla tych, którzy nie są mistrzami noża i patelni, są zabiegani i nie zawsze im się chce gotować. Zamysł Jamiego jest taki, by zamiast zamawiać pizze czy kebaba ugotować domowy obiad - szybko i przy minimum wysiłku.
Na początku książki znajduje się mini przewodnik po kuchni i gotowaniu, jest wypisana lista produktów, które powinno mieć się w spiżarni "na wszelki wypadek", po przejrzeniu, pozaznaczaniu okazało się, że żelazna lista Jamiego pokrywa się w większości z moją listą.


Fajitas z kurczaka
Jamie Oliver "Każdy może gotować"
2 porcje

Składniki
1 czerwona papryka
1 zielona papryka /to już nasz dodatek/
1 średnia cebula
2 filety z kurczaka
1 łyżeczka mielonej papryki /u nas średnio ostra wędzona/
szczypta mielonego kminu /u nas 1/2 łyżeczki/
2 limetki
oliwa
sól morska i świeżo mielony pieprz
Dodatki
guacamole /my nie mieliśmy/
100 g sera cheddar
15o ml kwaśniej śmietany lub jogurtu naturalnego
salsa wg. przepisu Jamiego /nie robiliśmy, więc przepis dodamy kiedy indziej/
4 tortille

Przygotowanie
Rozgrzewam patelnię grillową (można też zwykłą dużą patelnię, albo wok).
Paprykę kroimy na pół, oczyszczamy z pestek, myjemy i kroimy na cienkie paski. Cebulę kroimy na cienkie plasterki/piórka. Kurczaka kroimy wzdłuż na cienkie paski, mniej więcej takie jak papryka. Paprykę, cebulę i kurczaka wrzucamy do miski, dodajemy kmin, paprykę w proszku, skrapiamy sokiem z połowy limety, oliwą, dodajemy sól i pieprz - starannie mieszamy, tak by warzywa i kurczak pokryły się przyprawami. Odkładamy na 5 minut.

Szczypcami wkładamy wszystkie kawałki na rozgrzaną patelnie. Przewracając i mieszając grillujemy około 6-8 minut, aż mięso nabierze złocistego koloru i będzie gotowe. Patelnia jest bardzo gorąca, należy więc cały czas przewracać składniki, mają się delikatnie gillować.

Gotową fajitas stawiamy na stół na patelni na której była przygotowywana, przed samym podaniem skrapiamy sokiem z drugiej limety.
Podajemy z podgrzanymi w mikrofali albo na suchej patelni tortillami oraz dodatkami.

Smacznego!

piątek, 12 listopada 2010

Zuzanna lubi je tylko jesienią ...

- W Paryżu najlepsze kasztany są na Placu Pigalle.
- Zuzanna lubi je tylko jesienią.
- Przesyła Ci świeżą partię.

"Stawka większa niż życie" (youtube.com
)


Kasztanów z Placu Pigalle nie jadłam, ale te z domowego piekarnika zrobiły na mnie tak niesamowite wrażenie, że przez chwilę zapomniałam się wędrując krętymi uliczkami Paryża. Zanurzając dłoń w papierowej torebce pełnej ciepłych kasztanów, znalazłam się wśród kramów przedświątecznego kiermaszu, pomiędzy migającymi lampkami zawieszonymi na latarniach, z ciepłą czapką na uszach i grubym szalikiem, ukrywając twarz przed mocnymi podmuchami śniegu ...

Warszawski deszczowy wieczór upłynął nam w bardzo ciepłej atmosferze - przy pysznej przekąsce ... i ciekawych książkach*.


Pieczone kasztany

1/2kg jadalnych kasztanów

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Kasztany nacinamy na wierzchołkach i przekładamy na blachę.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy ok 20 minut.
Upieczone kasztany jeszcze ciepłe obieramy ze skorupki.

Smacznego!


"Jak Wam się podoba" to cudowna mała księgarnia z dużym wyborem albumów o sztuce, fotografii, architekturze i modzie. Jakiś czas temu, po kilkuletniej przerwie odkryłam ją na nowo, zakupując kilka ciekawych, pięknie wydanych tytułów. Właściciel księgarni jest m.in. polskim przedstawicielem wydawnictwa TASCHEN, którego albumy polecam przede wszystkim. Mogą być cudownym prezentem dla najbliższych na zbliżającą się Gwiazdkę. Polecam!


piątek, 8 października 2010

Pochwała prostoty - zupa ziemniaczana

Nim przejdę do wychwalania zupy zacznę wychwalanie Marty Gessler. Ostatnio jej przepisy z książki czy serwisu ugotuj.to są stałym elementem naszego menu. Zachwycam się ich wyrafinowaną prostotą - bez kombinowania, udawania, przesytu formy nad smakiem. Zazwyczaj to kilka składników w idealnych proporcjach. Brownie, ciasteczka marchwiowe, prosty kurczak z trawą cytrynową, zapiekanka bakłażanowa, hummus....cóż mam powiedzieć, Kolory Smaków są ostatnio najczęściej używaną książka kucharska w domu /a na ugotuj.to kieruję się do zakładki M. Gessler/.


Wracając do zupy, długo czekała na swój swój debiut na Wasabi. Prosta, pożywna, uzależniająca zbyt szybko znika z garnka. Trudno byłą ją uchwycić nie wsadzając obiektywu w talerze najbliższych. Jest gęsta, kremowa, z charakterem ale delikatna. Obłęd! I wiedziałam o tym, odkąd zobaczyłam ją u Liski na White Plate.


Zupa ziemniaczana z łososiem.
przepis M. Gessler, widziany po raz pierwszy u Liski

Składniki:
3 duże cebule
1 łyżka masła
około 1 kg ziemniaków*
ok. 1,5 l bulionu warzywnego
1 pęczek szczypiorku
150 ml śmietany 30%
150 ml mleka /ewentualnie/
sól
pieprz
plastry wędzonego łososia /1 na porcję/
mój alternatywny dodatek - cieniutkie pilastru wędzonego boczku /1 na porcję/

Przygotowanie:
Na maśle podsmażamy cebulę. Gdy się ze złoci wrzucamy pokrojone w kostkę ziemniaki. Zalewamy bulionem warzywnym (5 cm nad ziemniaki) i gotujemy, aż ziemniaki będą prawie rozgotowane. Do zupy dodajemy posiekany szczypiorek, śmietanę i całość miksujemy w blenderze. Jeśli zupa jest zbyt gęsta, rozrzedzamy mlekiem. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem.
Podajemy w miseczkach, plastry łososia /chipsy z boczki/ układamy na zupie.

Dla bardziej mięsożernych przygotowuję chipsy z boczku. Cieniutkie plastry boczku podsmażam na patelni mocno przyciskając do niej, aby się nie zwijały. Co pewien czas "osuszam" go ręcznikiem papierowym z tłuszczu. Przewracam na drugą stronę i powtarzam aż do uzyskania prawie chrupkich plastrów. Zdejmowany z patelni nie powinien być zupełnie gotowy, odłożony na papierowy ręcznik sam dojdzie. Plastry takiego boczku są wtedy jak chipsy.
Drugi sposób na idealnie chrupki boczek, to metoda z kuchenką mikrofalową (której nie posiadam, ale może ktoś spróbuje). Plastry boczku umieszczamy pomiędzy dwoma kawałkami ręczników papierowych (bez nadruku) i nastawiamy kuchenkę na 3 minuty. Po tym czasie boczek powinien być gotowy.

Smacznego!


* moja uwaga co do ziemniaków, wg mnie najlepsze są takie, które po ugotowaniu są suche i rozpadają się - czego oczywiście w zupie nie sprawdzimy. Przydarzyło mi się gotować tą zupę z jakiejś szalonej mieszanki ziemniaków, może była w niej przewaga ziemniaków sałatkowych, nie wiem. Wyszła wtedy bardziej jak puree niż zupa.

niedziela, 11 lipca 2010

love...love...love...

Ostatni miesiąc spędziłam na podróżowaniu po całej Polsce. 14 dni poza domem - wyjazdy w niedziele, powroty w środy, kolejne wyjazdy w czwartki. Było super, praca która dodaje mi skrzydeł, momenty, które zapadają w pamięci i to uczucie, że każda chwila jest rozwijająca. To czego mi brakowało to spokoju, chwil z Panem B, rodzicami i przyjaciółmi. Dziękowałam za internet i komunikatory, telefony i tanie rozmowy. Bez tego nie dałabym rady. A w podróży jak to w podróży - je się to tu to tam, czasem lepiej, czasem gorzej, czasem z kimś, czasem samemu. A ja z każdym dniem coraz bardziej tęskniłam za domowym jedzeniem. Prostym, szybkim, swojskim, zdrowym.


Marzyłam o tym momencie gdy wstaję rano i widzę Ten uśmiech. Poranki wyglądają zupełnie inaczej gdy spędzamy je razem. Siedzimy sobie przy naszym mini stoliku w mini kuchni a minuty uciekają :) Skubiemy powoli śniadanie, popijamy herbatę- love is in the air.

Ten weekend pierwszy po moim wyjazdowym maratonie właśnie taki był. Z nową gofrownicą, przy gofrach i świeżych malinach - Błogość!


Jeśli chodzi o gofry, to najlepsze w Warszawie są na Rondzie Wiatraczna*, w małym obdrapanym pawilonie. Pomiędzy "kawiarnią" a sklepem z kapeluszami, a może bielizną, znajduje się raj smakosza :). Chrupiące rurki z bitą śmietaną (PRAWDZIWĄ), ciepłe gofry z dżemem truskawkowym albo posypane samym cukrem pudrem. W dzieciństwie (które spędziłam na Grochowie) był to dla mnie raj. Ciągnęłam tam za rękaw rodziców albo dziadków w drodze z przedszkola.

A gofry domowe - to jest proste, to jest szybkie, to jest łatwiejsze niż smażenie naleśników. No i jakie to jest pyszne :). Ja przygotowywałam je z Michaelem Roux, dzięki czemu wszystko poszło łatwo.


Gofry
M. Roux "Jajka". 6 gofrów

Składniki
160 g mąki
15 g drobnego cukru + 1 szczypta
1 szczypta soli
50 g stopionego masła /ostudzonego/
2 jajka - oddzielnie białka i żółtka
270 ml mleka
kilka kropel esencji waniliowej, pomarańczowej lub skórki z cytryny

Przygotowanie
Mąkę, cukier, sól, stopione masło i żółtka mieszamy w misce z 1/3 mileka. Roztrzepujemy lekko na gładką masę (ja to robię mikserem), stopniowo dodając resztę mleka. Dodajemy aromat. Przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy na 5-10 minut (tyle mniej wiecej potrzeba aby rozgrzała się gofrownica).

W czasie gdy ciasto odpoczywa a gofrownica się grzeje ubijamy pianę z białek z szczyptą cukru na gęstą pianę (ale nie tworzącą wierzchołków). Za pomocą trzepaczki delikatnie mieszamy ją z ciastem.

Gofrownicę smarujemy cienką warstwą miękkiego masła (ja tą część pominęłam, gofry nie przyklejały się do teflonowej powierzchni gofrownicy). Nalewamy łyżką wazową tyle ciast, żeby zapełniło całą foremkę. Przykrywamy i pieczemy 3-4 minuty. Gofrownicy nie trzeba smarować masłem za każdym razem - wystarczy robić to co trzecią lub czwartą partię.

Gofry wyjmujemy delikatnie z gofrownicy i od razu podajemy. A dodatki - to już kwestia nastroju :)

Smacznego!


* pisała już o tym miejscu Liska z White Plate, polecam bo napisała pięknie :)


sobota, 26 czerwca 2010

Idealne połączenia, czyli hummus i czosnek.

Po i przed kolejnymi "dukanowskimi" przepisami wchodzę z porcją węglowodanów. Chociaż dr Dukan jeszcze mnie nie kupił to idea zmiany przyzwyczajeń żywieniowych tak. Dziś będzie o zdrowych przegryzkach imprezowych i o tym jak szybko znikają.


Wieczór zapowiadał się następująco 4 do 6 osób, film a może i planszówki. Czasu po powrocie z pracy nie miałam wiele, a chęci aby było fajnie dużo. Chciałam zrobić coś co można jeść z nogami na kanapie, albo siedząc na podłodze i grając w gry. Sałatki wymagają talerzyków, kanapki - nie do końca miałam czas na krojenie, smarowanie i dekorowanie, chipsy - zmieniamy przyzwyczajenia więc odpadają.

Musiało być prosto, szybko i bez ciasta francuskiego na które Pan B nie może już patrzeć.
Znalazłam inspirację u Marty Gessler - hummus z pieczonym czosnkiem. Pieczony czosnek to jedna z najlepszych rzeczy na świecie - jest słodki, kremowy, o zapachu dymu.
Do tego dodałam lawasz z przepisu z książki "Zupa z granatów" M. Mehran* i warzywa. A dla tych co lubią bardziej wyraziste smaki zrobiłam dip z sera lazur. Prosto, szybko i przepysznie.

Warzywa znikały w zastraszającym tempie, w kuchni trwała więc linia produkcyjna - mycie, obieranie, krojenie, serwowanie. Dobrze, że hummusu i dipu serowego wystarczało. Jak dla mnie bosko!

A najlepsze jest to, że goście przyszli też z czymś do jedzenia: pysznym dipem czosnkowym i zestawem świeżych warzyw. Czyż nie jesteśmy idealnie dopasowani? ;]


Lawasz
Przepis pochodzi z książki "Zupa z granatów"
a cytuję go za
mirosix


Składniki:
na 4 duże, wielkości blachy w piekarniku placki

10 g drożdży /użyłam 3 gram drożdży instant/
¼ szklanki ciepłej wody
3 łyżki oliwy z oliwek
½ szklanka mleka
1 łyżka cukru
2 łyżeczki soli
2 szklanki mąki

Przygotowanie: Piekarnik rozgrzać do 250 stopni. Drożdże rozrobić z wodą. Odstawić na 15 min. W dużej misce wymieszać rozpuszczone drożdże, oliwę, mleko, cukier i sól. Powoli dosypywać mąkę. Wyrobić ciasto. Podzielić na 4 kule wielkości pomarańczy. Przykryć ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na 30 min. Kule ciasta rozwałkować na powierzchni oprószonej mąką na grubość kartki papieru. Można posypać ziarnami maku lub sezamu /pominęłam/. Przełożyć na pergamin do pieczenia. Piec w temp. 250-300 stopni przez 3-5 minut.


Hummus z czosnkiem:
"Kuchnia Marty. Kolory smaków" M. Gessler

Składniki:

ja robiłam z podwójnej porcji

1 szklanka ugotowanej cieciorki /może być z puszki/
1/2 główki pieczonego czosnku /u mnie 1 mała/
1 łyżka pasty tahini
4 łyżki wody
sok z 1 cytryny /dodawałam do smaku i dodałam mniej/
sól, pieprz
2 łyżki oliwy z oliwek

Przygotowanie /trochę inaczej niż u M. Gessler/:
Cieciorkę, czosnek, tahini, wodę zmiksować w blenderze. Doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Przełożyć do miski i skropić oliwą.


Pieczony czosnek:
Kilka główek czosnki
Oliwa do posmarowania każdej główki czosnku

Przygotowanie:
Wziąć kilka główek czosnku i odciąć im czubki. Czosnek ułożyć na blasze do pieczenia i piec aż lekko zbrązowieje. Po upieczeniu czosnek jest miękki - łatwo go wycisnąć z łupiny i zmienić na pastę za pomocą widelca.

Czosnek piekłam w temperaturze około 180 stopni. Aby nie marnować czasu i prądu. Piekłam go gdy piekarnik rozgrzewał się przed pieczeniem lawaszy.

Dodawać do czego się da - sosów, mięs i smarowania pieczywa (a na to grillowany bakłażan i jesteśmy w niebie!)


* o tym przepisie przypomniał mi wspaniały wpis mirosix z Gotowania pod gruszą

sobota, 5 czerwca 2010

Podstawy ;)

Świadome gotowanie to coś co dopiero odkrywam, do tej pory gotowałam tylko twórczo - trochę tego, trochę tamtego. Wychodziło za dużo za mało, za słodko, za kwaśno - ratowałam jakoś te potrawy i wychodziły zazwyczaj całkiem dobre. Odkąd to co ugotuję ma znaleźć się tutaj, gotuję bardziej świadomie. Moje pomysły na potrawy "konsultuje" z mądrzejszymi - książkami, mamą, babcią i internetową społecznością gotującą. Uczę się na swoich, ale i na cudzych błędach.
Stąd też trochę więcej książek w mojej kuchennej bibliotece. Książek mniej kolorowych, obrazkowych z autorskimi "przekręconymi" przepisami, a więcej takich, które mogę traktować jak podręczniki, zwracać się do nich z pytaniem.


Zaczęłam też przerabiać podstawy. A podstawy są przepyszne :) Zaczynam od omletu z 3 jajek :D
Czy coś takiego jak omlet może mieć przepis? Może! A czy taki przepis w czymś pomaga? Pomaga! Odkąd posiadam "Jajka" Michael'a Roux to proste i uniwersalne danie wróciło na mój stół. Gdy nie mam czasu a mam ochotę na coś ciepłego robię omlet z dodatkami:)


Omlet
przepis M. Roux "Jajka"

Składniki:
2 albo 3 jajka na osobę
sól
pieprz
wybrane dodatki

Przygotowanie:
Jajka rozbijamy do miseczki, doprawiamy solą i pieprzem (ja tym razem dodałam jeszcze 1,5 łyżki startego na drobnej tarce parmezanu i soli dodałam symbolicznie), lekko roztrzepujemy widelcem. Rozgrzewamy patelnię, gorącą smarujemy niewielką ilością topionego masła. Wlewamy jajka, smażymy 5-10 sekund.
Brzegiem widelca szybko zbieramy ściętą masę jajeczną z brzegów, w powstałą przestrzeń wlewamy masę jajeczną. Przesuwamy na środek, drugą ręką potrząsamy patelnią, operacje z widelcem powtarzamy, aż omlet będzie taki jaki lubimy.

Płynny omlet smażymy 1 minutę
Zwarty (taki właśnie lubię) 1,5 minuty
Mocno wysmażony 2 minuty

Gdy będzie taki jak lubimy, częściowo zwijamy omlet, przechylając jednocześnie patelnię. Dodajemy nadzienie i całkowicie składamy na pół. Przekładamy na talerz.
M. Roux mówi aby naciąć zwinięty omlet na całej długości aby wyeksponować nadzienie (u mnie ugotowane na parze szparagi). Ja zazwyczaj sobie odpuszczam taką prezentację :)

Smacznego!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...