niedziela, 7 kwietnia 2013

Ulubione chlebki indyjskie i curry z kurczaka.

Wieki temu byliśmy z B w Berlinie (chyba pora na kolejne odwiedziny). Schodziliśmy go wszerz i wzdłuż, praktycznie nie zahaczając o zabytki czy miejsca kultury. Włóczyliśmy się uliczkami Mitte. Kreuzberg, Charlottenburg czy Plenzlauer Berg . Przesiadywaliśmy w parkach i zatrzymywaliśmy się w piwiarniach, kawiarniach, restauracjach i barach szybkiej obsługi. Było lato i było pięknie, a my mieliśmy cudne towarzystwo, złożone z samych psychologów. Mieszkaliśmy w dalekim od centrum Grunewald, w wielkim opustoszałym hostelu. Po drodze z i do kolejki mijaliśmy wiecznie czynną stację benzynową (z niedostępnymi u nas wtedy i tańszymi niż u nas teraz lodami Haagen Dazs i colą waniliową) i czynną całą noc budkę z pizzą. Bar był turecki, pizza zawsze świeża, prosta i pyszna. A my kupowaliśmy ją na późną kolację albo na na śniadanie. Były to też nieśmiałe początki mojego fioła kulinarnego i Berlin (w porównaniu do nudnej wtedy Warszawy) był odkryciem totalnym, taka różnorodność, tyle możliwości.
Kalejdoskop narodowości a co za tym idzie kuchni. Co chwila jakiś bar czy restauracja przykuwały nasz wzrok, wchodziliśmy do środka, zamawialiśmy hummus, pho, kiełbaski z sałatką ziemniaczaną, kebaby, pierogi, a dalej w kawiarni ciasteczko, lody, mrożony jogurt.
Tylko oszczędzaniu na komunikacji miejskiej i przechodzonych dzięki temu kilometrach, nie przyjechaliśmy do domu z dodatkowymi kilogramami.

W trakcie jednego kulinarnego rajdu szliśmy zapomnianą uliczką za wyspą muzeów, a jeszcze przed wejściem w imprezowy klimat Mitte. Po lewej stronie podświetlany szyld zapraszał na indyjską kuchnię...a że byliśmy głodni to weszliśmy.
To było moje pierwsze zetknięcie z (powiedzmy) autentyczną kuchnią indyjską. Wszędzie pachniało ghee, kolendrą, kurkumą i ostrymi przyprawami. W środku było sporo ludzi, jak na tak zapomnianą okolice. To pierwsze doświadczenie z mutton madras i chicken vindaloo musiałam popić, a właściwie zalać, morzem mangowego lassi i przegryźć puszystymi chlebkami smażonymi na głębokim tłuszczu. Smak tych chlebków prześladował nas długi czas. Szukając próbowaliśmy wszystkich, które serwują restauracje, ale nie był to ani naan, ani paratha ani nawet puri. Po dłuższych poszukiwaniach okazało się, że jest to bhatura (spotykana także pod nazwą bhatoora albo batoora). Chlebek pochodzi z północnej części Indii, smażony jest na głębokim tłuszczu a jego pulchność można uzyskać za pomocą drożdży lub proszku do pieczenia. Bhature na drożdżach robiłam jakiś czas temu i jest dokładnie tym co jedliśmy w Berlinie - puszyste ciasto, pachnące ghee na którym się smażyło - w konsystencji i smaku zbliżone do langos'y, ale lżejsze. Dziś postanowiłam spróbować przepis na proszku do pieczenia. Wśród wielu dostępnych wybrałam ten, który wymagał najmniej zachodu :)
Okazały się cudnie delikatne, leciutkie. Tak dobre, że obawiam się ich powtórki jeszcze w tym tygodniu.

Do chlebków przygotowałam curry z kurczaka wg przepisu z książki Bill's Everyday Asian. W oryginalnym przepisie jest to dość łagodny sos, ja jednak na prośbę Bartka wzmocniłam go 1 porządna łyżkę czerwonej pasty curry. Była moc, drobne łzy w oczach (moich) i duży kubek jogurtu po jedzeniu. Dla Bartka było w sam raz :)


Smażony chlebek indyjski - Bhatura
Źródło: -> TU

Składniki*
zrobiłam z połowy porcji, wyszło 8 sztuk.
500 gr mąki pszennej
100 gr semoliny (opcjonalnie, gdy nie mamy zastępujemy zwykłą mąką)
100 gr jogurtu
3/4 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki oleju - użyłam ghee
Letnia woda
Olej do smażenia.

Przygotowanie

Obie mąki, proszek do pieczenia, sól, cukier przesiewamy do miski. Dodajemy 2 łyżki oleju, jogurt i mieszamy. Zaczynamy dodawać letnią wodę (u mnie około 0,5 szklanki), powoli tak aby uzyskać miękkie, nie lepiące się ciasto.
Zagniecione ciasto zostawiamy w misce, przykrywamy folią i zostawiamy na 2lub 3 godziny w ciepłym miejscu. Jeśli nam się spieszy ciasto będzie gotowe po 45 minutach.
Po tym czasie ciasto staje się miękkie, elastyczne, pozwala się formować i wałkować bez podsypywania mąk.
W głębokim garnku/ patelni rozgrzewamy olej (2 - 3 cm głębokości). Ja wybieram mniejszy garnek, smażę po 1 sztuce.
Ciasto dzielimy na małe porcje i formujemy o kulki (wielkości dużego orzecha włoskiego). Każdą kulkę rozwałkowujemy na placek o grubości 2 mm ( mi wychodziła średnica 10/13 cm). Placek nie powinien być za grupy. Placku wrzucamy na gorący olej,najpierw opadną na dno by po chwili wypłynąć. Po wypłynięciu placuszki polewamy delikatnie tłuszczem - puszą się wtedy i rosną.Po dosłownie kilku sekundach przerzucamy urośnięte chlebki na drugą stronę. Wyjmujemy i wykładamy na wyłożony papierem talerz. Podobnie postępujemy z kolejnymi plackami.

 

Curry z kurczaka z orzechami nerkowca
Źródło: B. Granger, Bill's Everyday Asian

Składniki
20g masła (użyłam ghee)
1 łyżka oleju (pominęłam, ponieważ punkt wyżej)
2 posiekane czerwone cebule
1 łyżeczka soli morskiej
3 drobno posiekane ząbki czosnku
1 łyżka imbiru pokrojonego w drobne słupki
1-2 zielone papryczki chilli drob
2 łyżki curry w proszku
400g puszka pokrojonych pomidorów
1,5 kg kurczaka pokrojonego na kawałki (u mnie piersi i udka bez skórek)
2 łyżeczki cukru
250 ml jogurtu naturalnego
155 gr orzechów nerkowaca (podpieczone i zmielone)
2 łyżeczki sosu rybnego

mój dodatek - duża łyżka czerwonej pasty curry.

Do podania - indyjskie chlebki, ryż i liście kolendry do posypania.

Przygotowanie
Na rozgrzany tłuszcz wrzucamy cebulę, solimy i smażymy na małym ogniu przez około 5-6 minut. Po tym czasie dodajemy imbir, czosnek, papryczki chilli oraz curry w proszku (ja dodałam w tym momencie moją łyżkę pasty curry). Smażymy przez 2 minuty cały czas mieszając. Dodajemy pomidory, kurczaka, cukier i dusimy przez 25 do 30 minut pod przykryciem na małym ogniu. Od czasu do czasu mieszamy.

Po tym czasie dodajemy jogurt, zmielone nerkowce i sos rybny. Gotujemy kolejne 5 minut.

Podajemy z ulubionym dodatkiem i kolendrą.

Smacznego!
 



* W przepisie z linku są magiczne słowa, które w pierwszej chwili bardzo mnie zaniepokoiły. Chwila w internecie i już wszystko jasne :)
Maida - mąka pszenna, zbliżona do naszej zwykłej białej mąki
Rawa (sooji) - semolina
Cured - indyjski jogurt
Dodatkowo uwaga - smażyłam swoje chlebki na oleju roślinnym z dodatkiem jednej czubatej łyżki ghee (dla zapachu i smaku). Dodałam też goi do ciasta w miejscu gdzie jest mowa o oleju. Ja po prostu uwielbiam ten zapach.
Ghee można zrobić samemu w domu, można kupić w sklepach z kuchnią azjatycką, ale dowiedziałam się, od dobrego źródła, że masła klaowane produkcji polskiej też są bardzo ok (nie tylko cenowo) :)

niedziela, 17 marca 2013

Zaskakujący budyń czekoladowy :)


Jedzenie śniadań przed wyjściem z domu to pierwsze nie_postanowienie noworoczne, którego udało mi się dotrzymać. Kolejny plan jest trudniejszy, bo mówi o 5 małych posiłkach dziennie. Z jego realizacją bywa trudno, bo 3 z 5 posiłków przypadają na czas gdy jestem w pracy. Nie poddaje się, szukam rozwiązań, które mi to ułatwią, bo ja i moje ciało zdecydowanie odnajdujemy się w tym rytmie. Wracając do śniadań. Nie jestem święta i nie zawsze jem zdrowo i pożywnie, czasami jest to kanapka, czasami owoc i jogurt, płatki z musli, ale i dwa ciasteczka popite mlekiem a czasami coś z kolacji złapanego w przelocie. Ważne by, przed przekręceniem klucza w zamku, zjeść. Inaczej, docierając do pracy o 9 umieram, a o 11:00 rzucam się na automat z batonikami i cały plan 5 posiłków dziennie się sypie. 


Ważnym śniadaniowym hitem są koktajle. I nie chodzi mi tu o lekkie czysto owocowe napoje, a o gęstsze, cięższe i treściwsze smoothie, które wystarczają na poranny rozruch i dają energię na 4 pierwsze godziny dnia. Zaczęło się od mlecznego z masłem orzechowym wg Nigelli Lawson. Potem potoczyło się już z górki - najczęściej są słodkie i bardzo gęste, na bazie mleka lub jogurtu, wypełnione skarbami takimi jak owoce, orzechy, jagody goji, daktyle, sezam czy siemię lniane. Często z dodatkiem otrębów albo płatków owsianych. Taka szklanka "chodzi" ze mną po całym domu i towarzyszy w porannych przygotowaniach.
Ostatnio metodą "koktajlową" zrobiłam mus czekoladowy na bazie banana i awokado - pyszny, i treściwy, bez śmietanowo-jajecznego ciężaru. Mocno czekoladowy a jednocześnie owocowo-świeży. Dla mnie cudo :) Podaję przepis na czysty bez dodatków, ale zasadne wydaje mi się dodanie cynamonu lub imbir, paru daktyli zamiast miodu, czy kilku prażonych orzechów dla chrupkości.


"Budyń" czekoladowy 

Składniki 
2 b. duże porcje

2 banany
1 duże, miękkie i dojrzałe awokado
0,5 szklanki mleka krowiego lub roślinnego (albo tyle by otrzymać odpowiadającą nam gęstość)
4 łyżki gorzkiego kakao (u mnie łyżki z górką)

opcjonalnie
miód/cukier trzcinowy/syrop z agawy do smaku jeśli potrzeba
prażone orzeszki do posypania

Przygotowanie
Wszystkie składniki wkładamy do blendera i miksujemy. Mleko dodajemy partiami tak aby uzyskać odpowiadającą nam gęstość.
Jeśli potrzeba dosładzamy.
Posypujemy prażonymi orzechami (albo i nie).

Smacznego!


środa, 6 marca 2013

Domowe lody. Bez kręcenia.

Pediatra w przychodni na ul. Paca to ważna postać mojego dzieciństwa. Choć nie byłam chorowitym dzieckiem i rzadko odwiedzałam przychodnię, to Pani doktor i tak zapadła mi w pamięć. Dlaczego? A dlatego, że nie przepisywała właściwie lekarstw, kazała mnie poić syropem z cebuli, płukać gardło sodą i jeść zimą lody. Oj! czyż można mieć lepszego lekarza w wieku 5 lat? Aby było jeszcze ciekawiej Pani doktor miała zwyczaj przegryzania ziarenek kawy (ot tak, zamiast chrupek czy gumy do żucia), dzięki czemu w gabinecie pachniało kawiarnią a nie przychodnia.

Jeśli chodzi o lody, to poza tymi na wsi, o których już wspominałam, doskonale pamiętam Kulę Lodową (czy ktoś poza mną to jeszcze pamięta?) !. Po wielką lodową kulę, szczelnie zapakowaną w sreberko, jeździło się do lodziarni Hortex'u. My jeździliśmy do tej przy starym kinie Praha. Dziś już nie ma tej lodziarni, nie ma też chyba lodowych bomb. Wielka szkoda, bo deser nie tylko był pyszny* ale i spektakularny - wielki, krojony na pół, ćwirtki albo cały a potem na porcje. W domu to był cały rytuał i kłótnia o większy kawałek.
Ale dziś można coś, o czym nie śniło mi się gdy byłam dzieckiem. Dziś mogę sobie sama "ukręcić" lody. Zresztą to kręcenie, to też przesada. Bo wystarczy zmiksować razem kilka składników, zostawić w spokoju na 6 godzin, jeszcze lepiej na całą noc i lody gotowe.



W niedziele rano zrobiłam lody waniliowe i czekoladowe. W 20 minut miałam w zamrażalniku dwa pojemniki i posprzątaną po całej przygodzie kuchnię.
O przepisie na lody bez maszynki przypomniała mi swoim wpisem Ania z Strawberries from Poland. Czekoladowe przygotowałam wg przepisu znalezionego w internecie i spisanego na karteczce, a waniliowe zmieniając recepturę Nigelli Lawson i w miejsce likieru kawowego i kawy dodałam ekstrakt waniliowy i ziarenka wanilii.
Lody waniliowe są cudnie waniliowe, z ziarenkami delikatnie wyczuwalnymi na języku, o kremowej i lekkiej konsystencji. Troszkę przypominają mi dobrze napowietrzone lody na patyku, tylko że w odróżnieniu od tych kupnych nie trzymają tak formy i ciut szybciej się topią. Czekoladowe za to są bogate, cięższe ale nadal puszyste, sycące, jak zamrożony mus czekoladowy - boskie! Nawet po całej nocy w lodówce obydwa smaki są łatwe do nakładania, zapewne dzięki alkoholowemu dodatkowi (domowy ekstrakt waniliowy na procentach).

 
Lody waniliowe bez kręcenia
Źródło: Nigellisima N. Lawson, po tym jak pozazdrościłam Ani.

Składniki
300 ml śmietanki kremówki
175 g mleka skondensowanego słodzonego
Ziarenka z 1 laski wanilii
2 łyżki domowego ekstraktu z wanilii (takiego na alkoholu). Albo innego alkoholu.

Przygotowanie

Śmietanę ubijam na puszystą masę razem z ziarnami wanilii, powoli dodaję mleko skondensowane. Na koniec delikatnie mieszam z ekstraktem waniliowym/alkohol. Przekładam do hermetycznego pudełka i wstawiam do zamrażarki na 6 godzin, a jeszcze lepiej na całą noc.

Lody czekoladowe także bez mieszania.
Źródło: No-Churn Cocolate Ice Cream

Składniki
150 g połamanej czekolady deserowej** (dałam pół na pół gorzkiej i mlecznej)

0.5 szklanki słodzonego skondensowanego mleka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
Ziarenka z 1 laski wanilii
Szczypta soli
1,25 szklanki zimnej śmietany kremówki

Przygotowanie
W garnuszku o grubym dnie podgrzewamy mleko skondensowane z połamaną czekoladą. Podgrzewamy powoli, do momentu kiedy czekolada się nie rozpuści. Mieszamy aby nie przywarła do dna. Do rozpuszczonej w mleku czekolady dodajemy ekstrakt waniliowy oraz sól. Zajmuje dosłownie chwile, ale jak ktoś chce, to całą operację można przeprowadzić w kuchence mikrofalowej.
Odstawiamy z boku aby przestygło.

Śmietanę z ziarenkami wanilii ubijamy aż do uzyskania puszystej ale nie sztywnej bitej śmietany.
1/3 ubitej śmietany dodajemy do masy czekoladowej i energicznie mieszamy - masa stanie się lżejsza i łatwiej będzie połączyć ją z pozostałą śmietaną. Gdy wmieszamy 1/3 dodajemy resztę śmietany i delikatnie mieszamy do momentu połączenia się składników.

Przekładamy do hermetycznego pojemnika i zostawiamy na 6 godzin, a najlepiej na całą noc. Tak przygotowane lody mogą pozostać w lodówce 2 tygodnie (ale, kto by wytrzymał z takimi lodami 2 tygodnie!!!!)

Podajemy bez wcześniejszego wyjmowania, bo nawet dobrze zmrożone lody nakładają się bezproblemowo.

Smacznego!
I pamiętajcie, najzdrowiej jeść lody gdy na dworze zimno!!! :)



* a może nie był pyszny i jest to tylko magia wspomnień.
** w przepisie było 4 oz, czyli około 113 gramów, dodałam więcej - nie będę ograniczać się z czekoladą.

niedziela, 10 lutego 2013

Sernik nowojorski.

Nie będzie o pączkach, nie będzie o faworkach, będzie o serniku. Pysznym, lekkim i kremowym. Takim co robi się chwila moment. Do serników podchodziłam z wielką nieśmiałością. W historiach rodzinnych przewijało się, że zrobienie dobrego sernika to nie byle wyczyn - by nie opadł, nie przypalił się, nie popękał. Brzmiało groźnie, może nie tak bardzo jak w przypadku drożdżowego, ale wystarczająco bym nie miała dłuższy czas ochoty na podejmowanie prób. W dodatku to nie było moje ulubione ciasto, więc zupełnie nie miałam ochoty próbować. Aż do tego czekoladowego, zupełnie inny sernik niż te znane mi dotychczas - kremowy, mazisty, konkretny ale lekki. Sycący. Boski.
Na ostatkowe rodzinne spotkanie potrzebowałam deseru, który po pierwsze można zrobić wcześniej, po drugie można zrobić szybko, po trzecie będzie to coś czego jeszcze nie robiłam. Przeglądanie "deserowych" książek kucharskich rozpoczęłam i zakończyłam na "The hummingbird bekery cookbook". Robiłam z tej książki sernik bananowy bez pieczenia (wielokrotnie) i czekoladowy (także nowojorski), dodatkowo ciasteczka i brownie. Wszystko strzały w 10tkę. Na liście na amazonie kolejne książki z tej piekarni czekają na styczniową pensję :)



Sernik zrobiłam na zmodyfikowanym spodzie z przepisu na sernik czekoladowy. Dodałam do ciasta 50g zmielonych podprażonych orzechów laskowych, zamiast części herbatników. Dodatkowo zamiast łyżeczki ekstraktu z wanilii dodałam ziarenka z 2 laseczek wanilii. 
Poniżej podaje przepis na spód z oryginału.

Sernik nowojorski
Źródło:  The hummingbird bekery cookbook

Składniki:

Masa sernikowa:
900g serka śmietankowego (użyłam 3 razy mielonego twarogu)
190 g drobnego cukru
1łyżeczka ekstraktu waniliowego
4 jajka

Spód:
140g mąki
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
50g drobnego cukru
50g masła
1 żółtko

Tortownica 23cm, natłuszczona i wyłożona papierem.


Przygotowanie:

Najpierw spód.
Piekarnik rozgrzewamy do 150 stopni.
W misce łączymy mąkę, proszek do pieczenia, cukier i masło. Łyżką, rękoma lub za pomocą malaksera łączymy/rozdrabniamy aż do uzyskania konsystencji mokrego piasku. Na końcu dodajemy żółtko i mieszamy nadal aż do połączenia się składników, ciasto będzie miało konsystencje b. mokrego piasku. Wysypujemy na wyłożoną papierem na dnie tortownice, ugniatamy ręką albo łyżką i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 20-25 min, do uzyskania złotej barwy.

Upieczony spód wyjmujemy z piekarnika i odstawiamy by przestygł.

Gdy spód stygnie przygotowujemy masę serową.
Ser, cukier i wanilie ubijamy na wolnych obrotach mikserem aż do uzyskania gładkiej i jednolitej masy.  Dodajemy po jednym jajku, dodając kolejne dopiero jak poprzednie połączy się dobrze z masą serową. Miksując sprawdzamy czy część masy nie zostaje na ściankach miski, albo dnie. Jeśli tak się dzieje, zbieramy szpatułką. Po dodaniu ostatniego jajka możemy mikser nastawić na większe obroty aby wtłoczyć więcej powietrza, ale tylko przez chwile nie dłuzej.
Miksujemy aż do uzyskania kremowej i gładkiej konsystencji.

Wylewamy na ostudzony spód. Ustawiamy tortownice w większej i głębszej foremce. Napełniamy ja wodą do 2/3 wysokości formy w której będziemy piec sernik.

Wstawiamy do rozgrzanego do 150 stopni piekarnika i pieczemy 40 minut. Ważne by nie przepiec! Środek sernika po dotknięciu ma wydawać się lekko niedopieczony (będzie miękki, mi przypomina mocno ścięty budyń).
Upieczony sernik wyjmujemy z piekarnika i odstawiamy do wystygnięcia. Zupełnie ostudzony wstawiamy do lodówki na minimum 2 godzin, a najlepiej na całą noc. Po tej chwili w lodówce budyniowa konsystencja staje się kremowa i mazista - wspaniała.

Smacznego!


A i wiosna. Wiosna idzie. Jest śnieg, jest mróz, są zaspy i bójki na śnieżki. Ale wiosna jest tuż, tuż i czuć już ją w powietrzu - zapach ziemi, ćwierkanie ptaków i dzień dłuższy od najkrótszego w roku o 1 godzinę i 54 min !!!!

piątek, 1 lutego 2013

Rozgrzewające imbirowe ciasto z gruszkami

Ciasto idealne. Lekkie i bardzo wilgotne. Słodycz gruszki połączona z pikantnością imbiru. Idealny zamiennik wydawałoby się niezastąpionego brownie - cudownie wpisuje się w menu na chłodne zimowe wieczory. Najlepiej smakuje jeszcze ciepłe, podane np. z waniliowymi lodami. Polecam :)


Składniki:

175 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
200 g miękkiego masła
175 g drobnego cukru
1 łyżka świeżo startego imbiru
3 jajka
2-3 gruszki pokrojone w cienkie plasterki
1 łyżka brązowego cukru


Przygotowanie:

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Okrągłą formę (średnica 22 cm) wykładamy papierem do pieczenia.

Do miski przesiewamy mąkę, dodajemy proszek do pieczenia i sodę, 175 g masła w kawałkach, cukier, imbir i jajka. Za pomocą miksera wyrabiamy jednolite ciasto. Wykładamy całość do przygotowanej formy i wyrównujemy powierzchnię. Na wierzchu układamy plasterki gruszek, tak by nachodziły na siebie. Posypujemy cukrem i cienkimi kawałkami pozostałego masła. Pieczemy przez 35-40 minut.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...