Słoik pełen domowej granoli to coś co przywraca spokój jesiennym porankom. Bezpiecznie stoi na blacie i czeka na śniadanie, drugie śniadanie czasami na deser albo kolację.
Szybkie śniadanie w wersji slow :)
Gdy tylko zobaczyłam przepis wiedziałam, że będzie dobrze. Po wstawieniu granoli do piekarnika po domu rozszedł się przepiękny słodko-orzechowy zapach, trochę jak przy pieczeniu chlebka bananowego. Natomiast gdy spróbowałam ją po wyjęciu z piekarnika (tylko lekko przestudzonej) wydała mi się ciut za mdła. Dodatek jakiś suszonych owoców był oczywisty, ale potrzebowałam czegoś jeszcze - czekolady, która nie opadała by na dno zimnego mleka :)
Dlatego też do jeszcze ciepłą granolę posypałam drobniutko posiekaną czekoladą, przemieszałam by roztapiając się pokryła płatki i orzeszki. Do zupełnie wystudzonej dodałam pół szklanki suszonych wiśni pokrojonych na mniejsze kawałki.
Co więc wyszło z tego eksperymentu? Granola przestała być bananowa, ale czuć inną niż cukrową słodych, posmak masła orzechowego jest bardzo delikatny, lekko gorzkawy tak smamo jak czekolada :) Jest pysznie, serio, to na razie moja ulubiona granola.
Bananowo-orzechowa granola z suszonymi wiśniami i czekoladą
Źródło: Food in jars
Składniki:
1/4 (cup) szklanki masła orzechowego
1/2 szklanki miodu
2 bardzo dojrzałe banany (rozgniecione)
4 szklanki płatków owsianych
1 szklanka orzeszków ziemnych (w oryginale solonych, ja użyłam zwykłych)
1/2 szklanki sezamu (zamiast ziaren słonecznika)
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 szklanki suszonych wiśni
1 tabliczka gorzkiej czekolady pokrojonej b. drobno albo startej na tarce
Przygotowanie:
Piekarnik rozgrzewamy do 175 stopni, formę do pieczenia (u mnie 30/35 cm) wykładamy papierem do pieczenia.
W misce mieszamy płatki, orzechy. W rondelku podgrzewamy masło orzechowe z miodem, gdy całość zacznie bulgotać dodajemy rozgniecione banany i cynamon. Podgrzewamy przez chwilę.
Masą zalewamy płatki, mieszamy dokładnie tak aby wszystkie płatki i orzechy pokryły się słodką i kleistą masą :)
Przekładamy do formy do pieczenia, wyrównujemy wierzch i wkłądamy do piekarnika. Pieczemy 30 minut. Jak napisała autorka bloga Food in jars granola to podstępna bestia, łatwo się przypala i wymaga częstego mieszania. Ja rozstawiłam przy piekarniku krzesło i wzięłam książkę ;)
Po 30 minutach granola jest ładnie zrumieniona i przypieczona, daje jej chwilę przestygnąć (2-3 minuty). Po tym czasie posypuje granole czekoladą i mieszam przy pomocy dwóch szpatulek tak by rozpuszczajac się pokryła wszystkie kawałki. Granola straci swój złoty i słoneczny kolor, ale zyska czekoladowego kopa ;)
Po tej operacji granola sobie stygnie, a gdy już wystygnie dodaje suszone wiśnie, które kroję na mniejsze kawałeczki (wolę mniejsze kawałki spotykane częściej).
I gotowe :)
Smacznego!
piątek, 11 października 2013
czwartek, 22 sierpnia 2013
Pada! Spokojnie, jest czekolada :)
Pierwszy chłodny i deszczowy dzień tego lata wymagał specjalnych środków. W pracy walczyłam z sennością, w drodze do domu brnęłam przez kałuże na nierównych chodnikach, przemykałam pomiędzy parasolami, walczyłam z wiatrem i cierpiałam przez przemoczone buty.
To nie był dobry dzień na przedłużającą się podróż do domu. To był dzień, który wymagał specjalnych środków.
Zmarznięta, skulona w środku dopadłam domu, kanapy, koca i ciepłych skarpet. Przygarnęłam psa jak termofor i oddałam się błogiemu zagrzewaniu. Potrzebowałam ciepła i przytulnej przestrzeni.. W naszym domu, o wiecznie otwartych oknach, pachniało deszczem, liśćmi i zbliżającą się jesienią. Potrzebowałam dopełnić albo odmienić ten zapach.
Już w tramwaju wymyśliłam, że dom będzie pachniał czekoladą i orzechami, a zamiast świeczki czy potpourri do piekarnika wstawię ciasto.
Mój wybór padł na najbardziej podstawowy i najprostszy przepis jaki znam. Prostszy i mniej bałaganiarski niż muffinki. Jedna miska, jedna łyżka, jeden garnek w którym podgrzejemy wodę. Przyda się oczywiście waga i może jakaś miarka (chociaż u mnie się obeszło, wszystko odmierzałam od razu do jednego naczynia).
Podstawowy przepis na brownie z książki Hummingird Bakery. Kilka składników i moment mieszania. Z rozpędu wzbogaciłam ciasto orzechami włoskimi i dokonałam jednej niewielkiej zmiany. W domu zabrakło mi gorzkiej czekolady, ratowałam się więc mleczną, by ciasto nie było zbyt słodkie ograniczyłam ilość cukru a część mąki (30g) podmieniłam na gorzkie kakao.
Ciasto wyszło wspaniałe, inne niż moje inne brownie - to z solonym karmelem czy orzechami, o serniko-brownie nie wspominając. Bliskie składem i proporcjami temu, o którym pisała kiedyś Monika -> klik. Bardzo płaskie, bardzo czekoladowe, ma z wierzchu przepyszną skorupkę a wnętrze ciągnące i wilgotne. Zazwyczaj, nastawionemu trochę na nie do czekoladowych wypieków, Panu B, bardzo bardzo smakowało. Mi w konsystencji i smaku przypomina proste ciasteczka czekoladowe na bazie białek.
Tradycyjne brownie z Hummingbird Bakery
Źródło: The Hummingbird Bakery Cookbook
Składniki:
200g gorzkiej czekolady
175g masła
325g drobnego cukru (wg mnie jest to strasznie dużo, bez mlecznej czekolady i tak bym ograniczała jego ilość)
130g mąki
3 jajka
Duża garść z grubsza posiekanych orzechów włoskich (mój dodatek)
Do ozdoby – cukier puder
Przygotowanie
Piekarnik rozgdzewamy do 175 stopni. Blachę do pieczenia o wymiarach a 33 x 23 x 5cm (u mnie 24 x 24) wykładamy papierem do pieczenia.
W kąpieli wodnej rozpuszczamy masło razem z czekoladą. Gdy czekolada się roztopi i połączy z masłem dodajemy cukier – mieszamy dokładnie. Następnie dodajemy mąke – mieszamy dokładnie. Dodajemy jajka (ja dodawałam po jednym, choć w przepisie o tym nie wspominaja) i mieszamy aż do uzyskania gładkiej masy.
Ciasto przelewamy do blachy do przygotowanej pieczenia. Jeśli mamy taki kaprys, posypujemy orzechami, kawałkami czekolady albo owocami.
Pieczemy 30 do 35 min. Ja w 25 minucie sprawdziłam czy ciasto jest gotowe i okazało się że tak.
Odstawiamy na na kratkę by przestygło. Wystudzone kroimy na kawałki i podajemy ze szklaną mleka albo gorzką kawą.
Smacznego!
P.S. Miała być dziś sesja zdjęciowa. Okazało się jednak, że nie ma czego fotografować. Wrzucam więc wczorajszen"kolacyjne" zdjęcie :)
Etykiety:
Ciasta i ciasteczka,
książki,
Na słodko,
Szybko i prosto
niedziela, 14 lipca 2013
Wpis sentymentalny - mieć znowu 5 lat :)
Tak na chwilę, tak na momencik, mieć 5 lat. Przed sobą niekończące się wakacje, dni wypełnione bieganiem na bosaka, łapaniem żab i jaszczurek, ganianiem kur, robieniem babek z piasku. Kłótnie z rodzeństwem przeplatać zgodnym jedzeniem czerwonych porzeczek z krzaka i wyjadaniem maku prosto z makówki (to chyba dziś zabronione). Popołudniową drzemkę spędzać w cieniu, gdy babcia/mama/tata czyta "Dzieci z Bullerbyn", "W pustyni i w puszczy" albo "Księgę dżungli". Wieczorem iść do cioci, po mleko prosto od krowy. A gdy dorośli oglądają "Dynastię" poganiać się z kuzynami, pobrudzić czystą sukienkę i wrócić do domu z otartym kolanem. Zasypiać w połowie słowa i budzić się z czystą i spokojną głową.
Tak na chwilę, choćby we śnie...mieć znowu 5 lat.
Mam takie potrawy, które w magiczny sposób cofają mnie do dzieciństwa. Wspomnienie o nich otwiera odpowiednie szufladki w głowie. Parzaki z jagodami - wieczorne podróże po mleko, bieganie z kuzynami i spijanie jeszcze ciepłej śmietanki "od wściekłej krowy", ciasto z rabarbarem - prodiż, babcia Cz i czytanie książek po zacienionej części domu, a do tego herbata miętowa - słodka, lepka i zimna. Kanapki z polędwicą, zupa szczawiowa, pierogi i pyzy z serem, mogłabym wymieniać dalej - śliniąc się i uśmiechając. To cała masa wspomnień i emocji, które nie tylko wywołują głód i głupkowaty uśmiech. To chwile gdy uświadamiam sobie, że już nie biegamy na bosaka a babcie nie straszą nas diabłem w studni, że "to se nie vrati" i że bliżej nam do bycia rodzicami niż dziećmi.
Ten weekend był szczególny pod wieloma względami. W ten weekend zabawiłam się w córkę i wnuczkę i z pełną premedytacją wepchnęłam mamę i babcię do kuchni. Był rosół i był barszcz i właśnie o tym drugim dziś będzie.
To nie jest wykwintne i odkrywcze danie, to prawdopodobnie nie jest nawet "najsmaczniejsze" na świecie danie. Jest to jednak dokładnie ten smak, który odkrywaliśmy z braćmi gdy mieliśmy swoje 2, 3 czy 5 lat. Siedzieliśmy przy stole, siłą do niego zaciągnięci, zmordowani, rozpaleni słońcem i ani trochę głodni. Buzie nam się nie zamykały, aż pojawiał się on - barszcz z ziemniakami. Robiła go prababcia a my pochłanialiśmy jeden talerza a następnie dokładkę. Dorośli kręcili głowami, że tyle potrafimy zjeść. Stół stał pod oknem, mieściły się przy nim 3 osoby, w oknie była firanka a widok był (jest) na dom sąsiada.
Barszcze czerwony zabielany.
Źródło: prababcia Stefa, babcie Czesia i Halinka :)
Składniki
siłą wyciągnięte i ustalone proporcje. Całość na oko i doświadczenie.
1 kg obranych buraków
1.5 litra wody
1 łyżka* octu spirytusowego (tak, tak, nie jabłkowy, nie winny, spirytusowy!)
0,5 łyżeczki** soli
cukier do smaku
1 opakowanie śmietany 18% (w oryginale była lekko kwaśna, zbierana z bański)
szczypta mąki pszennej (aby się nie zważyła śmietana)
Jako dodatki: gotowane ziemniaki - utłuczone, skwarki albo z braku skwarek zrumieniona cebulka.
Przygotowanie
Obrane buraki kroimy w słupki albo w plastry. Wkładamy do garnka, zalewamy wodą. Gotujemy na bardzo, bardzo małym ogniu około godziny. Pamiętamy by się buraki za mocno nie gotowały, bo zbrązowieją, zdejmyjemy szumowiny gdy się pojawią. Gdy buraki będą miękkie dodajemy sól i ocet - jednocześnie. Nie mieszamy (nie wiem dlaczego, ale dopytam). Czekamy aż barszcz naciągnie smakiem, sprawdzamy (wtedy już chyba można zamieszać) czy nam smakuje, dodajemy wg uznania octu, soli czy cukru.
W miseczce łączymy śmietanę z mąką, hartujemy ją chochelką gorącego barszczu. Wlewamy śmietanę do gotującego się (na bardzo małym ogniu) barszczu, chwilę odczekujemy i możemy jeść.
Podanie: na środek talerza nakładamy ziemniaki, zalewamy barszczem (tak by cześć ziemniaków pozostała nietknięta - nie chodzi tu o względy estetyczne a smakowe), na koniec posypujemy ziemniaki skwarkami (nie mogą nasiąknąć barszczem, mają pozostać chrupiące).
Jemy i cofamy się o 28 lat :)
*/** - do smaku i na oko. Po długich rozmowach babcia przy pomocy mamy ustaliły, że zacząć należy od takiej ilości, a potem dodawać do smaku. Dla mniej odważnych - zacznijcie od połowy tego co napisałam :).
![]() |
| buraczki od Pani Basi i Pana Kazia |
Tak na chwilę, choćby we śnie...mieć znowu 5 lat.
Mam takie potrawy, które w magiczny sposób cofają mnie do dzieciństwa. Wspomnienie o nich otwiera odpowiednie szufladki w głowie. Parzaki z jagodami - wieczorne podróże po mleko, bieganie z kuzynami i spijanie jeszcze ciepłej śmietanki "od wściekłej krowy", ciasto z rabarbarem - prodiż, babcia Cz i czytanie książek po zacienionej części domu, a do tego herbata miętowa - słodka, lepka i zimna. Kanapki z polędwicą, zupa szczawiowa, pierogi i pyzy z serem, mogłabym wymieniać dalej - śliniąc się i uśmiechając. To cała masa wspomnień i emocji, które nie tylko wywołują głód i głupkowaty uśmiech. To chwile gdy uświadamiam sobie, że już nie biegamy na bosaka a babcie nie straszą nas diabłem w studni, że "to se nie vrati" i że bliżej nam do bycia rodzicami niż dziećmi.
![]() |
| Inne okno, inny widok - ten sam dom, ta sama energia. |
Ten weekend był szczególny pod wieloma względami. W ten weekend zabawiłam się w córkę i wnuczkę i z pełną premedytacją wepchnęłam mamę i babcię do kuchni. Był rosół i był barszcz i właśnie o tym drugim dziś będzie.
To nie jest wykwintne i odkrywcze danie, to prawdopodobnie nie jest nawet "najsmaczniejsze" na świecie danie. Jest to jednak dokładnie ten smak, który odkrywaliśmy z braćmi gdy mieliśmy swoje 2, 3 czy 5 lat. Siedzieliśmy przy stole, siłą do niego zaciągnięci, zmordowani, rozpaleni słońcem i ani trochę głodni. Buzie nam się nie zamykały, aż pojawiał się on - barszcz z ziemniakami. Robiła go prababcia a my pochłanialiśmy jeden talerza a następnie dokładkę. Dorośli kręcili głowami, że tyle potrafimy zjeść. Stół stał pod oknem, mieściły się przy nim 3 osoby, w oknie była firanka a widok był (jest) na dom sąsiada.
![]() |
| Jedyne zdjęcie barszczu (niestety bez skwarek) |
Barszcze czerwony zabielany.
Źródło: prababcia Stefa, babcie Czesia i Halinka :)
Składniki
siłą wyciągnięte i ustalone proporcje. Całość na oko i doświadczenie.
1 kg obranych buraków
1.5 litra wody
1 łyżka* octu spirytusowego (tak, tak, nie jabłkowy, nie winny, spirytusowy!)
0,5 łyżeczki** soli
cukier do smaku
1 opakowanie śmietany 18% (w oryginale była lekko kwaśna, zbierana z bański)
szczypta mąki pszennej (aby się nie zważyła śmietana)
Jako dodatki: gotowane ziemniaki - utłuczone, skwarki albo z braku skwarek zrumieniona cebulka.
Przygotowanie
Obrane buraki kroimy w słupki albo w plastry. Wkładamy do garnka, zalewamy wodą. Gotujemy na bardzo, bardzo małym ogniu około godziny. Pamiętamy by się buraki za mocno nie gotowały, bo zbrązowieją, zdejmyjemy szumowiny gdy się pojawią. Gdy buraki będą miękkie dodajemy sól i ocet - jednocześnie. Nie mieszamy (nie wiem dlaczego, ale dopytam). Czekamy aż barszcz naciągnie smakiem, sprawdzamy (wtedy już chyba można zamieszać) czy nam smakuje, dodajemy wg uznania octu, soli czy cukru.
W miseczce łączymy śmietanę z mąką, hartujemy ją chochelką gorącego barszczu. Wlewamy śmietanę do gotującego się (na bardzo małym ogniu) barszczu, chwilę odczekujemy i możemy jeść.
Podanie: na środek talerza nakładamy ziemniaki, zalewamy barszczem (tak by cześć ziemniaków pozostała nietknięta - nie chodzi tu o względy estetyczne a smakowe), na koniec posypujemy ziemniaki skwarkami (nie mogą nasiąknąć barszczem, mają pozostać chrupiące).
Jemy i cofamy się o 28 lat :)
*/** - do smaku i na oko. Po długich rozmowach babcia przy pomocy mamy ustaliły, że zacząć należy od takiej ilości, a potem dodawać do smaku. Dla mniej odważnych - zacznijcie od połowy tego co napisałam :).
środa, 29 maja 2013
Irish Cream.
BURZA!
Prawdziwa z rozdzierającymi niebo grzmotami, przecinającymi chmury błyskawicami i lejacym się strugami deszczem. W domu jest ciepło, sucho i jasno od zapalonych lamp. Bezpiecznie i spokojnie. Pies wpatruje się w balkonowe okno, jak w film sensacyjny, a ja klikam te litery.
Siedząc na własnej kanapie, wiedząc, że wszyscy których kocham pozawijali do portów, rozkoszuję się chwilą. Wsłuchuję się w szum wiatru i deszczu, otwieram okno aby wiat wwiewał zapach ozonu. Nie zmienia to jednak faktu, że darzę ją ogromnych szacunkiem i (choć trudno powiedzieć skąd to mam) odczuwam przed nią lęk.
Przypomina mi się inny burzowy wieczór, pierwszy w tym sezonie. Bezkresne pola Suwalszczyzny, kominek i przeurocza rozmowa w cudnym towarzystwie. Do kompletu 3 psy, 2 koty. To był cudowny wieczór, a właściwie cały weekend.
Weekend, którego powtórka miała się dziać właśnie w tej chwili. O tej porze byłabym pewnie koło Łomży albo już za (zależy od korków w Warszawie i Markach), a może dojeżdżalibyśmy do Augustowa, by zaraz skręcić w ciemny, stary i przepiękny las.
Cóż. Los chciał inaczej, ciepły dom, własna kanapa i pies z zapaleniem gardła i temperaturą (sama nie wierzę w to co piszę).
Nie ma co popadać w smutki, należy zaparzyć kubek herbaty i powspominać cudne towarzystwo i smak pysznego likiery domowej roboty (który obok wina towarzyszył rozmowom).
W końcu środa jest piątkiem, przed 4 dniowym weekendem :)
Jeśli chodzi o irish cream, to kocham go miłością wielką ;) najbardziej w pełnej szklance z kostką lodu, albo na lodach lub owocach w formie szybkiego deseru. Kocham go tak bardzo, że jak tylko butelka pojawia się w domu, to zaraz znika. A teraz mam sposób na znikający przysmak. Kilka składników w lodówce, do blendera, potem przelać do butelki i gotowe. Zaznaczyć trzeba, że cena 1 litra tak przygotowanego likieru jest ułamkiem tego co należałoby zapłacić w sklepie za "markową" butelkę.
Co prawda staje się lepsze z każdym dniem spędzonym w lodówce....ale dla spragnionych, można delektować się od razu ;)
Likier Irish cream
Źródło: Home Made: Winter
Składniki
około 1 litra
200 ml śmietany 30% lub 36%
400 ml słodzonego mleka skondensowanego (1 puszka)
300 ml irlandziej whisky
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
2 łyżku białego syropu czekoladowego (u mnie był Monini)
Przygotowanie
Wszystkie składniki wlewamy do blendera i miksujemy aż do uzyskania gładkiej i jednolitej konsystencji.
Przelewamy do czystej buletki, zakręcamy. Odstawiamy do lodówki.
Można oczywiście pić od razu, ale dzień lub noc w lodówce dodają likierowi charakteru i pozwalają się smakom połączyć.
O to cała sztuka. Przed podaniem potrząsnąć butelką.
W lodówce likier może stać do 2 miesięcy.
Na zdrowie :)
Prawdziwa z rozdzierającymi niebo grzmotami, przecinającymi chmury błyskawicami i lejacym się strugami deszczem. W domu jest ciepło, sucho i jasno od zapalonych lamp. Bezpiecznie i spokojnie. Pies wpatruje się w balkonowe okno, jak w film sensacyjny, a ja klikam te litery.
Siedząc na własnej kanapie, wiedząc, że wszyscy których kocham pozawijali do portów, rozkoszuję się chwilą. Wsłuchuję się w szum wiatru i deszczu, otwieram okno aby wiat wwiewał zapach ozonu. Nie zmienia to jednak faktu, że darzę ją ogromnych szacunkiem i (choć trudno powiedzieć skąd to mam) odczuwam przed nią lęk.
Przypomina mi się inny burzowy wieczór, pierwszy w tym sezonie. Bezkresne pola Suwalszczyzny, kominek i przeurocza rozmowa w cudnym towarzystwie. Do kompletu 3 psy, 2 koty. To był cudowny wieczór, a właściwie cały weekend.
Weekend, którego powtórka miała się dziać właśnie w tej chwili. O tej porze byłabym pewnie koło Łomży albo już za (zależy od korków w Warszawie i Markach), a może dojeżdżalibyśmy do Augustowa, by zaraz skręcić w ciemny, stary i przepiękny las.
Cóż. Los chciał inaczej, ciepły dom, własna kanapa i pies z zapaleniem gardła i temperaturą (sama nie wierzę w to co piszę).
Nie ma co popadać w smutki, należy zaparzyć kubek herbaty i powspominać cudne towarzystwo i smak pysznego likiery domowej roboty (który obok wina towarzyszył rozmowom).
W końcu środa jest piątkiem, przed 4 dniowym weekendem :)
| Kieliszki międzypokoleniowe - Babcia, Mama i ja :) |
Jeśli chodzi o irish cream, to kocham go miłością wielką ;) najbardziej w pełnej szklance z kostką lodu, albo na lodach lub owocach w formie szybkiego deseru. Kocham go tak bardzo, że jak tylko butelka pojawia się w domu, to zaraz znika. A teraz mam sposób na znikający przysmak. Kilka składników w lodówce, do blendera, potem przelać do butelki i gotowe. Zaznaczyć trzeba, że cena 1 litra tak przygotowanego likieru jest ułamkiem tego co należałoby zapłacić w sklepie za "markową" butelkę.
Co prawda staje się lepsze z każdym dniem spędzonym w lodówce....ale dla spragnionych, można delektować się od razu ;)
Likier Irish cream
Źródło: Home Made: Winter
Składniki
około 1 litra
200 ml śmietany 30% lub 36%
400 ml słodzonego mleka skondensowanego (1 puszka)
300 ml irlandziej whisky
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
2 łyżku białego syropu czekoladowego (u mnie był Monini)
Przygotowanie
Wszystkie składniki wlewamy do blendera i miksujemy aż do uzyskania gładkiej i jednolitej konsystencji.
Przelewamy do czystej buletki, zakręcamy. Odstawiamy do lodówki.
Można oczywiście pić od razu, ale dzień lub noc w lodówce dodają likierowi charakteru i pozwalają się smakom połączyć.
O to cała sztuka. Przed podaniem potrząsnąć butelką.
W lodówce likier może stać do 2 miesięcy.
Na zdrowie :)
wtorek, 21 maja 2013
Wołowina po chińsku ze szparagami
Po tak długiej nieobecności, prosty i szybki przepis. Z ulubionym elementem wiosennego sezonu - szparagami. Jak już kiedyś pisałam to właśnie one sprawiają, że po pracy gnam na bazarek albo rano zaczepiam Pana z warzywniaka (nim biedny zdąży rozpakować samochód).
Nie lubię zbytnio maltretować szparagów - przygotowane na parze, krótko gotowane to jest to. Dodaje je w śniadaniowej wersji do omletów czy jajecznicy, albo na kolację z jajkiem w koszulce. Ostatnio okazało się, że świetnie pasują do pieczonych ziemniaków, wędzonego na ciepło łososia i delikatnego winegretu - cudna sałatka w sam raz do zabrania do pracy. Rzadko je grilluje czy piekę - mam wrażenie, że takie ich potraktowanie odbiera im świeżość (chociaż zapiekane na pizzy czy zawinięte w boczek, od czasu do czasu, dlaczego nie).
Wołowinę z brokułami na podstawie której dziś przygotowałam wersję szparagową przygotowywałam już wielokrotnie. Robię właściwie na oko, modyfikując często przepis - dodaje papryczki chilli, imbir, orzeszki ziemne czy nerkowce. Podwajam ilość sosu. Wołowinę zamieniam na wieprzowinę, kurczaka albo krewetki. Zdarza się, że zostawiam same warzywa - fasolka szparagowa, szpinak, cukinia itd.
Wersja ze szparagami wydaje mi się bardziej wyrazista - ich gorzkawy smak dobrze sprawuje się przy słono słodkim sosie.
Sos - ograniczając ilość wody z skrobią kukurydzianą - jest super dresingiem do warzyw. Gotuje warzywa na parze, a w tym samym czasie w rondelku podgrzewam składniki sosu (doprawiam wg uznania imbirem, chilli, kroplą octu czy oleju sezamowego) i dodaje do niego pół łyżki skrobi rozpuszczonej w połowie szklanki zimnej wody. Gotuje chwilę, dodaje szczypiorek, uprażony sezam lub orzeszki. Polewam warzywa - NIEBO!
Wołowina po chińsku ze szparagami
Żródło: Monikucha
Składniki:
Wołowinę kroimy na podłużne paski (na cienkie paski najlepiej kroi mi się lekko zmrożone mięso). Przygotowujemy marynatę, pamiętając, aby skrobię dodać na samym końcu. Mięso trzymamy w marynacie przez 30 minut.
W tym czasie możemy przygotować sos. Sos ostrygowy i oba sosy sosjowe mieszamy w jednej szklance, skrobie z wodą w drugiej. Obie szklanki odkładamy na bok.
Odkrajmy główkę szparagów, pozostałą część kroimy w 2 cm kawałki (mniejsze/większe jak lubimy). Miażdżymy czosnek.
Podgrzewamy wok i dodajemy szklankę oleju. Kiedy olej nabierze temperatury (ok 150°C) dodajemy mięso. Przez pierwsze 30-40 sekund nie ruszamy mięsa, pozwalamy aby kawałki swobodnie pływamy w woku (podobno takie blanszowanie w oleju jest sekretem miękkości i soczystości mięsa). Po tym czasie mieszamy mięso oddzielając poszczególne kawałki od siebie. Kiedy tylko wołowina zmieni kolor ( będzie już prawie ugotowana) wyławiamy ją i osuszamy na ręczniku papierowym . Cały proces nie powinnien zająć więcej niż 2 minuty. Olej odlewamy do słoika i czyścimy wok ręcznikiem papierowym.
Do woka wlewamy 2 łyżki oleju. Kiedy olej się nagrzeje wrzucamy czosnek i mieszamy intesywnie przez 30-40 sekund. Dodajemy pokrojone na kawałki nóżki szparagów (główki cierpliwie czekają), posypujemy je solą i cukrem i mieszamy dość intesywnie przez 1 minute. Jeżeli trzeba, to zmniejszamy ogien, aby się nic nie przypaliło. Dolewamy 1/2 szklanki wody, przykrywamy i gotujemy przez 3/4 minuty, po tym czasie dodajemy główki szparagów i gotujemy jeszcze 1 minutę. Odcedzamy. Czyścimy wok ręcznikiem papierowym.
Dodajemy 2 łyżeczki oleju i rozgrzewamy. Dodajemy szparagi i wołowinę. Dodajemy wymieszane w szklance sosy i skrobię kukurydzianą z wodą. Wszystko razem intensywnie mieszamy, aż zgęstnieje. Serwujemy z ryżem albo makaronem.
(Od Moniki - Dla urozmaicenia można dodać cebulę i marchew. Gotujemy je wtedy razem z brokułami. Można też dodać kiełki fasoli mung, które ja dodaje praktycznie do każdego chińskiego dania)
Smacznego!
Nie lubię zbytnio maltretować szparagów - przygotowane na parze, krótko gotowane to jest to. Dodaje je w śniadaniowej wersji do omletów czy jajecznicy, albo na kolację z jajkiem w koszulce. Ostatnio okazało się, że świetnie pasują do pieczonych ziemniaków, wędzonego na ciepło łososia i delikatnego winegretu - cudna sałatka w sam raz do zabrania do pracy. Rzadko je grilluje czy piekę - mam wrażenie, że takie ich potraktowanie odbiera im świeżość (chociaż zapiekane na pizzy czy zawinięte w boczek, od czasu do czasu, dlaczego nie).
Wołowinę z brokułami na podstawie której dziś przygotowałam wersję szparagową przygotowywałam już wielokrotnie. Robię właściwie na oko, modyfikując często przepis - dodaje papryczki chilli, imbir, orzeszki ziemne czy nerkowce. Podwajam ilość sosu. Wołowinę zamieniam na wieprzowinę, kurczaka albo krewetki. Zdarza się, że zostawiam same warzywa - fasolka szparagowa, szpinak, cukinia itd.
Wersja ze szparagami wydaje mi się bardziej wyrazista - ich gorzkawy smak dobrze sprawuje się przy słono słodkim sosie.
Sos - ograniczając ilość wody z skrobią kukurydzianą - jest super dresingiem do warzyw. Gotuje warzywa na parze, a w tym samym czasie w rondelku podgrzewam składniki sosu (doprawiam wg uznania imbirem, chilli, kroplą octu czy oleju sezamowego) i dodaje do niego pół łyżki skrobi rozpuszczonej w połowie szklanki zimnej wody. Gotuje chwilę, dodaje szczypiorek, uprażony sezam lub orzeszki. Polewam warzywa - NIEBO!
Wołowina po chińsku ze szparagami
Żródło: Monikucha
Składniki:
- 350g wołowiny
- pęczek zielonych szparagów (z odłamanymi końcówkami, umyte)
- 2 ząbki czosnku
- 1 szklanka oleju + 4 łyżki
- 1/2 szklanka wody
- 1/4 łyżeczki soli
- 1/2 łyżeczki cukru
- 1 łyżka octu ryżowego
- 1 łyżeczka cukru
- 1 łyżeczka sosu sojowego
- 1 łyżka wody
- 1 łyżka skrobi kukurydzianej
- 2 łyżki sosu ostrygowego
- 1 łyżka jasnego sosu sojowego
- 1 łyżka ciemnego sosu sojowego
- 1 płaska łyżka skrobi kukurydzianej rozpuszczona w szklance wody (w przepisie u Moniki jest łyżka - dla mnie to za mało)
Wołowinę kroimy na podłużne paski (na cienkie paski najlepiej kroi mi się lekko zmrożone mięso). Przygotowujemy marynatę, pamiętając, aby skrobię dodać na samym końcu. Mięso trzymamy w marynacie przez 30 minut.
W tym czasie możemy przygotować sos. Sos ostrygowy i oba sosy sosjowe mieszamy w jednej szklance, skrobie z wodą w drugiej. Obie szklanki odkładamy na bok.
Odkrajmy główkę szparagów, pozostałą część kroimy w 2 cm kawałki (mniejsze/większe jak lubimy). Miażdżymy czosnek.
Podgrzewamy wok i dodajemy szklankę oleju. Kiedy olej nabierze temperatury (ok 150°C) dodajemy mięso. Przez pierwsze 30-40 sekund nie ruszamy mięsa, pozwalamy aby kawałki swobodnie pływamy w woku (podobno takie blanszowanie w oleju jest sekretem miękkości i soczystości mięsa). Po tym czasie mieszamy mięso oddzielając poszczególne kawałki od siebie. Kiedy tylko wołowina zmieni kolor ( będzie już prawie ugotowana) wyławiamy ją i osuszamy na ręczniku papierowym . Cały proces nie powinnien zająć więcej niż 2 minuty. Olej odlewamy do słoika i czyścimy wok ręcznikiem papierowym.
Do woka wlewamy 2 łyżki oleju. Kiedy olej się nagrzeje wrzucamy czosnek i mieszamy intesywnie przez 30-40 sekund. Dodajemy pokrojone na kawałki nóżki szparagów (główki cierpliwie czekają), posypujemy je solą i cukrem i mieszamy dość intesywnie przez 1 minute. Jeżeli trzeba, to zmniejszamy ogien, aby się nic nie przypaliło. Dolewamy 1/2 szklanki wody, przykrywamy i gotujemy przez 3/4 minuty, po tym czasie dodajemy główki szparagów i gotujemy jeszcze 1 minutę. Odcedzamy. Czyścimy wok ręcznikiem papierowym.
Dodajemy 2 łyżeczki oleju i rozgrzewamy. Dodajemy szparagi i wołowinę. Dodajemy wymieszane w szklance sosy i skrobię kukurydzianą z wodą. Wszystko razem intensywnie mieszamy, aż zgęstnieje. Serwujemy z ryżem albo makaronem.
(Od Moniki - Dla urozmaicenia można dodać cebulę i marchew. Gotujemy je wtedy razem z brokułami. Można też dodać kiełki fasoli mung, które ja dodaje praktycznie do każdego chińskiego dania)
Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



