Po urodzeniu się Młodego Człowieka przez rok byłam w domu, od mniej więcej 9 miesiąca siedzenia chodził mi po głowie powrót do pracy. Wróciłam jak G miał rok i 3 miesiące. Nie żałuję ani jednego dnia spędzonego dnia w domu, nie żałuję teraz ani jednej godziny spędzonej w pracy.
Na początek wróciłam na część etatu (małe kroczki, małe kroczki), teraz jestem na prawie całym etacie. Wszystko jest możliwe tylko dzięki ogromnej współpracy dziadków, bardzo elastycznemu i rozumiejącemu pracodawcy i temu, że B może zarządzać swobodnie swoimi godzinami pracy.
Godziny poza domem to ogromna ulga i gimnastyka dla głowy. Bywa oczywiście różnie i świat domowy z tym pracowym wpływają na siebie nieustannie. Nerwowe dni w pracy przekładają się na zmęczone popołudnia, nieprzespane noce na błędy w pracy. Mam natomiast to szczęście, że dwa dni w tygodniu mogę pracować z domu. Mogę spokojnie odprowadzić Młodego do żłobka, wrócić, popracować a następnie przyprowadzić Go na drzemkę do domu i wrócić do pracy. Rzeczy toczą się wtedy łatwiej, sprawy domowe nie piętrzą się i nie zawadzają, szanse na domowy obiad zwiększają się :) Jedne co szło mi trochę gorzej, to praca w te dni. Jakoś mi się rozchodziła, nie ma się co oszukiwać praca z poziomu kanapy czy domowego stołu zachęcała mnie do działań nie do końca pracowych.
Aż do momentu gdy do mojego domowego biura dołączyła Kasia, zwana Stefanem.
Kasia Stefan, to jest ktoś! Jedna ze zdolniejszych i mądrzejszych osób jakie znam. Jest totalnie dziewczęca natura idzie w parze z błyskotliwą głową i ogromną wiedzę z zakresu gospodarki, finansów i biznesu. Nie raz korzystaliśmy z jej wiedzy i doświadczenia przy rozwoju naszego małego biznesu, nie raz dyskutowaliśmy w jakim kierunku podąża ten świat i niczym Pinki i Mózg zastanawiałyśmy się jak podbić świat. Wierzę, że któregoś dnia nam się uda :)
Na razie jednak spotykamy się co piątek, rozkładamy laptopy, włączamy opcję praca, przemycamy lakiery do paznokci i 9-15 szalejemy w naszym domowym biurze. Po drodze zgarniamy Młodego ze żłobka zaliczając tym samym spacer z psem.
To cudowne jest pracować w jej towarzystwie. Serio, sama sobie zazdroszczę piątkowej koleżanki z biurka obok :)
Ostatni piątek to był nie tylko intensywny pracowo dzień, ale i koszmarny biometr. Szaro, deszczowo i wietrznie. Tylko chyba mój Syn miał radość z brodzenia po kałużach w drodze do i ze żłobka. Około 13 najbliżej nam było do położenia głów na poduszkach, zamknięcia laptopów, wyciszenia telefonów. Aby przezwyciężyć senną aurę zrobiłyśmy kawę. Kawę lekko podkręconą, ale nadal bardzo kawową. To coś jakby koktajl kawowy, ale bez ciężkości którą daje mleko i gęstości od przeładowania dodatkami. Dodatkowo mało słodki, na początku trochę to nas zaskoczyło, ale przy drugim łyku uznałyśmy, że tak właśnie powinno być. Shake (tak go nazwijmy) w niczym nie przypomina gęstych, deserowych napoi. Jest lekką gęstszą kawą, co jest zasługą banana.
Do stworzenia naszej wersji zainspirował nas przepis znaleziony gdzieś w internecie. W oryginalnym przepisie bazą było lekkie mleko kokosowe oraz jogurt. Nie miałyśmy pod ręką mleka kokosowego, więc zastąpiłyśmy je mlekiem owsianym (migdałowe, tu musi dobrze pasować migdałowe) i zupełnie ominęłyśmy jogurt. Została kawa, banan i ziarna kakowca. Energetyczna bomba. Mało słodka, nie za ciężka, mocno kawowa z lekkim czekoladowym aromatem, ale bez czekoladowej słodyczy. Do tego miseczka owsianych ciasteczek od znajomego i parę garści bakalii.
I można pracować dalej.
Bananowo-kakaowa kawa dla zapracowanych
Składniki na 2 duże szklanki.
2 espresso
2 niewielkie banany
2 szklanki wybranego mleka (u nas owsiane, ale pewnie będzie pasowało każde...a migdałowe brzmi jak plan na najbliższy piątek)
2 łyżki pokruszonych ziaren kakaowca
miód, syrop klonowy, więcej banana albo daktyle jeśli kawa jest zbyt wytrawna (my nie potrzebowałyśmy dosładzać)
Latem pewnie dobrze zrobią mrożone banany albo kilka kostek lodu.
Przygotowanie
Włożyć do blendera i zmiksować. Rozlać do szklanek i pracować :)
Smacznego i na zdrowie!
niedziela, 21 lutego 2016
poniedziałek, 15 lutego 2016
Chlebek bananowy - Po prostu Nigella.
Odkąd dieta naszego Małego Człowieka zaczęła być czymś więcej niż tylko mlekiem, w naszym domu są one cały czas - banany. Są niezastąpione na kapryśne momenty
niejedzenia, spacery czy płaczliwe powroty ze żłobka. Gdy Mały Dzielny Człowiek
jest zmęczony i jednocześnie pobudzony a drzemka dopiero za kilka minut w domu. Gdy
ma dzień na NIE, a my już nie mamy siły na to by namawiać go na inne
jedzenie - banan, jabłko czy kiwi i do przodu. Poza świeżymi, w lodówce
mam kilka zamrożonych przejrzałych bananów, czy to na koktajl, placki
czy na ciasto. Jeśli chodzi o ciasto to do tej pory na naszym stole
rządził chlebek bananowy Sophie Dahl. W nocy o północy, z zamkniętymi
oczami mieszałam i piekłam. Na słodką kolację, deser dla
niezapowiedzianych gości, śniadanie do pracy czy do żłobka. Od czasu gdy
pojawił się G, ograniczyłam w nim ilość cukru, ale smakuje nam nadal.
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżeczki mielonego kardamonu
Foremka 23/13/17cm
Przygotowanie
Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni, a formę wukładamy papierem do pieczenia i smarujemy olejem
Ciasto przygotowywałam mikserem ale Nigella twierdzi, że przy pomocy łyżki też da radę.
Rozgniatamy banany i ubijamy je mikserem dodając po jednym jakski. Następnie dodajemy maślankę/jogurt, olej i dokładnie miesamy.
W osobnej misce mieszamy mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę oraz kardamon.
Zmniejszamy obroty miksera i powoli dodajemy suche składniki. Mieszamy aż do połączenia się składników, pod koniec można zwiększyć obroty. Możliwe, że w między czasie będziemy musieli gumową szpatułką zebrać część niewymieszanego ciasta ze ścianek miski.
Smacznego!
Wczoraj wieczorem,
w ramach kompulsywnych zachwytów nad Po prostu Nigella, pojawił się
jego zastępca. Niby kolejny chlebek bananowy, niby bardzo podobny. Ale
dzięki dodatkowo jogurtu i zamianie masła na olej, lżejszy, bardziej
chlebowy a mniej ciastowy. Słodki, ale nie za bardzo. (myślę, że można
jeszcze ograniczyć ilość słodyczy w nim).
Chlebek
powiedziałabym dość zwyczajny, z miłą nutą kardamonu i chrupiącym i
zaskakującym ziarnem kakaowca. Ale w tej zwyczajności jest pewna cudowna
moc i to na kilku poziomach. Chlebek piekąc się a następnie stygnąć
doprowadza do szału domowników, którzy chcieliby go już wyjąć z
piekarnika, pokroić i zjeść. Ale nie, nie można. Trzeba czekać. Druga
sprawa, to jak już wystygnie i rano będziemy go kroić na porcje to
zobaczymy, że super się kroi, jest sprężysty, o regularnych dziurkach i
obłędnym zapachu. Chciałabym powiedzieć, że się dobrze przechowuje, ale
chyba nie będzie mi dane sprawdzić tego empirycznie.
Mój
chlebek piekł się o ponad 15 min dłużej niż ten w przepisie. Dałam
całość cukru, ale następnym razem ograniczę odrobinę jego ilość. Ziarno
kakaowca można swobodnie zamienić na orzechy, albo zupełnie pominąć.
Przy
okazji chlebka napisze jeszcze słowo o Po prostu Nigella, bo ta książka
jest dla mnie ogromnie pozytywnym zaskoczeniem. Gdy zobaczyłam okładkę,
a następnie zapoznałam się z kilkoma przepisami miałam poczucie, że
czeka na mnie książka mdła, rozmyta i mało konkretna. Bałam się też, że
Nigella w ramach zmian życiowych zeszła na drogę odchudzonego menu typu
light, super foods i dań typu raw. Jednak na youtube udało mi się
zobaczyć kilka odcinków pierwszego sezonu Simply Nigella (fatalna jakość
filmów, ale czego się nie robi dla Nigelli). Z minuty na minutę, z
przepisu na przepis coraz bardziej podobała mi się koncepcja przemiany
jaką przeszła Nigella i jej przepisy. Są lżejsze, są świeższe, często
bezglutenowe i zawierające super foods ale są nadal z tym cudownie
hedonistycznym rozmachem. Obok ascetycznych warzyw i ryb są też
konkretne i barokowe w smaku mięsa i obłędne ciasta.
Kupuje przemianę i kupuję książkę w całości i już na najbliższe tygodnie mam rozpisane dania na JUŻ.
Chlebek bananowy z kardamonem i ziarnami kakao
źródło: Po prostu Nigella. Nigella Lawson
Składniki:
2 bardzo dojrzałe banany (250-275g ze skórką)
2 duże jajka
200ml maślanki albo rzadkiego jogurtu
125 ml oleju
325g mąki
200g jasnego cukru czcinowego
1,25 łyżeczki proszku do pieczenia1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżeczki mielonego kardamonu
Foremka 23/13/17cm
Przygotowanie
Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni, a formę wukładamy papierem do pieczenia i smarujemy olejem
Ciasto przygotowywałam mikserem ale Nigella twierdzi, że przy pomocy łyżki też da radę.
Rozgniatamy banany i ubijamy je mikserem dodając po jednym jakski. Następnie dodajemy maślankę/jogurt, olej i dokładnie miesamy.
W osobnej misce mieszamy mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę oraz kardamon.
Zmniejszamy obroty miksera i powoli dodajemy suche składniki. Mieszamy aż do połączenia się składników, pod koniec można zwiększyć obroty. Możliwe, że w między czasie będziemy musieli gumową szpatułką zebrać część niewymieszanego ciasta ze ścianek miski.
Ciasto przekładamy do formy i wkładamy do piekarnika na około godzinę. Po 34 minutach warto sprawdzić czy ciasto jest upieczone - suchy patyczek. Moje wymagało około 1h 15m w piekarniku.
Ciasto studzimy w formie ustawionej na kratce. Ostudzone owijamy papierem a następnie folią spożywczą.
W szczelnym pojemniku utrzymuje świeżość do tygodnia (aha...jasne, ciekawe czy ktoś to widział).
Może być zamrażane przez 3 miesiące - owinięte w folię spożywczą. Rozmrażamy odwiniętą z foli, w temperaturze pokojowej.
Smacznego!
piątek, 12 lutego 2016
Odczarować brokuła
Coraz bliżej wiosna a nam coraz bardziej się chce zielonego. Tzn,
mnie się chce a co do reszty rodziny to bywa już różnie. Za B chodzi
hinduistyczna i meksykańskie jedzenie, a nasze ukochane Dziecko ostatnio
jadłoby pomidory (mamy mrożone pomidorki koraliki z babcinego
ogródka), chrupki jaglane, serek waniliowy (bieluch doprawiony miodem),
pieczone frytki z marchewki, masło orzechowe prosto z słoika
i....kiełbaskę.
Cóż, nie ma tak dobrze i od czasu do czasu
przemycamy inne smaki, konsystencje i kolory. A zielony, zielony to od
jakiegoś czasu kolor znienawidzony. Nawet ogórki kiszone przestały być
cool, o szpinaku na makaronie, liściach sałat czy brokułach nie
wspominając. Zresztą z brokułem od zawsze był problem. Nawet w czasach
zupełnej maleńkości, kiedy uczyliśmy się nowych smaków i kiedy to jadł
wszystko co miał pod ręką. Już wtedy brokuł był na indeksie. Nie udało
się go podać samego, nie udało się przemycić w kotlecikach
ziemniaczanych, zupie czy nawet jako farsz do naleśników. Nie dało rady.
Na
dość długo dałam sobie spokój z brokułami. Nie ma co się znęcać nad
maluchem. Ale ostatnio wrzuciłam do zamrażalnika brokuła i nadeszła pora
aby go zagospodarować. Dla mnie sałatka wspomnień (brokuły z fetą i
migdałami) ale co dla niejedzącego Młodego? Wtedy z pomocą przyszła
strona Super Healthy Kids
i podlinkowany tak przepis na placuszki z zielonymi warzywami. Popatrzyłam, przemyślałam
i zrobiłam. Przepis pewnie sam w sobie super, ale mi jednak czegoś
brakowało aby mogło zadziać się placuszkowe niebo. Dodałam więc wielką
łyżkę dobrego jogurtu, plaster małej cebuli, proszku do pieczenia na
ostrzu noża oraz dwie łyżki startego sera Dziugas.
Wyszło
wyśmienicie. Młody zjadł 3 duże placki co jest sukcesem samym w sobie,
ale że smakowało i mojej mamie, mnie i nawet B to już sukces na całej
linii.
Młody dostał swoje placki z
pomidorkami oraz z bananem i migdałami na deser, a ja zjadłam je z
doprawionym na ostro jogurtem. Ciasta zostało trochę i następnego dnia
rano usmażyłam porcję placków do żłobka na drugie śniadanie - zniknęły.
Zielone pancakes z warzywami
Żródlo: zmodyfikowany przepis z weelicious.com
Składniki:
1 szklanka wybranych warzyw (u mnie gotowany brokuł i szpinak, może być kalafior, cukinia a zapewne i wiele innych)
0.5cm plasterek średniej/malej cebuli, może być szczypiorek
1 lub 2 łyżki jogurtu naturalnego
2 łyżki startego sera (parmesan, grand padano, dziugas a zapewne i feta będzie dobra)
0,25 szklanki mąki (może się okazać, że trzeba dodać trochę aby ciasto miało odpowiednią konsystencję)
1 duże jajo
0,25 łyżeczki sproszkowanego czosnku (albo odrobina świeżo startego)
1 łyżeczka wybranych suszonych ziół (pominełam)
szczypta proszku do pieczenia (dodałam dosłownie tyle ile się mieści na czubku noża)
pieprz i sól do smaku
Wybrany tłuszcz do smażenia
Przygotowanie
W malakserze miksujemy warzywa. A następnie jeśli mamy wystarczającą misę malaksera dodajemy do niego pozostałe składniki, miksujemy i koniec.
Albo przekładamy warzywa do miski, dodajemy pozostałe składniki i mieszamy aż składniki się połączą.
Na patelni rozgrzewamy łyżkę oleju i smażymy placuszki po1- 2 minuty z każdej strony.
Podajemy z wybranym sosem. Autorka przepisu poleca pomidorowy, mi jednak bardziej pasował przyprawiony szczypiorkiem jogurt.
Smacznego
P.S. Zdjęcia telefonem, po ciemku. Aparat się "odnawia"
sobota, 6 lutego 2016
Pączki i Powroty
Wdech Wydech Wdech Wydech....
minęły
ponad dwa lata. Szmat czasu, palce odwykły od stukania tekstu na blogu,
głowa od konstruowania myśli a oko od robienia zdjęć. Ale ostatnio coś
za mną chodzi, coś mnie nosi aby tą gonitwę myśli związaną z naszą
codzienności przelać na "papier".
Przez te
lata od początku prowadzenia Wasabi obie z Moniką przeszłyśmy
niesamowitą drogę, pełną zwrotów akcji i niemądrych przygód, ważnych i
przemyślanych decyzji, zaskakujących zbiegów okoliczności, nawiązujących
się i rozpadających znajomości.
W tym wszystkim
pozostały rzeczy niezmienne - miłość naszych najbliższych, przyjaźń,
odwaga w kształtowaniu swojego życia. I pomimo mijających lat i
zmieniających się cyferek nadal jesteśmy troszkę naiwne, mocno
roześmiane i czasami niemądre.
Chociaż mogę mówić tylko
za siebie, myślę, że dziś znowu stoimy przed nowym, każda z nas na swój
wyjątkowy sposób. Dla mnie oznacza to powrót tu. Miejsce skupiające tak
wiele dobrych wspomnień i gotowe by przyjąć jeszcze wiele nowych.
Nie
wiem czy ktoś jeszcze tu zagląda, czy ktoś korzysta z naszych
przepisów. Przecież internet i sklepowe półki pełne są przepięknych
słów, przepisów i zdjęć.
Ale to chyba bardziej dla mnie iż dla nas.
Powracam
z przepisem, który obiegł już internet wzdłuż i wszerz, można go
wyszperać w wielu miejscach, ale niech będzie i tu. Bo to dla mnie
specjalny przepis. Dokładnie rok temu zrobiłam go po raz pierwszy,
specjalnie dla naszego Syna, po to aby mógł pierwszego pączka w życiu
zjeść z mamą i tatą.
Tak więc rok temu na śniadanie
jedliśmy pieczone pączki. Wtedy tak samo jak w ostatni czwartek wstałam przez Młodym i
jego Tatą, przesunęłam nadal śpiącego psa, wyjęłam z lodówki ciasto,
utoczyłam pączki i upiekłam. Młody wstał akurat na lukrowanie
pierwszej partii i smarowanie jajkiem drugiej. Potem mieliśmy się
szykować. On do żłobka, ja do pracy, ale oblizana łyżeczka po lukrze
spowodowała taki sugar rush, że biegaliśmy po domu jeszcze ładną
godzinę.
Ja spóźniłam się do pracy, ale na szczęście Młody Człowiek zdążył na drugie śniadanie w żłobku.
Wszystko się zmieniło, odkąd ten Mały Człowiek
pojawił się w naszym życiu. Stanęło do góry nogami, obróciło się o 180
stopni. Po dwóch wspólnych latach mogę powiedzieć, że jest już
normalnie, że niespodzianki serwowane przez ciągle zmieniającego się
Młodego to codzienność, że huśtawka nastrojów u nas i u Niego to już
norma, że podstawową cechą układanych przez nas planów i grafików jest
elastyczność i zmienność i że już nie pamiętamy jak to było być parą bez
dziecka. A to wszystko jest dobre, zabawne i tylko czasami (najczęściej
około 3-4 w trakcie nieprzespanej nocy) wspominamy jak to było spać
spokojnie.
A wracając do
przepisu. To nigdy nie będą pączki smażone na głębokim tłuszczu, tak
samo jak to nie są (i nie będą) pączki w kategorii fit. To słodkie,
lekkie totalnie pączkowe pączki, które robi się i je z ogromną
przyjemnością. Trudno powiedzieć czy smakują mi bardziej niż prawdziwe,
bo które w sumie są prawdziwe: te domowe, które nie zawsze wychodzą, te
kupne które poza paroma wyjątkami to produkt pączkopodobny? Mi pieczone
smakują przeogromnie, tak przeogromnie, że kilka kolejnych dni powinnam
spędzić o sałacie i wodzie.
Pączki pieczone
Składniki:
100 ml ciepłego mleka
50 g świeżych drożdży
370 g mąki pszennej (tortowej lub do wypieków drożdżowych)
50 g cukru
3/4 łyżeczki soli
3 jajka
170 g masła
50 g świeżych drożdży
370 g mąki pszennej (tortowej lub do wypieków drożdżowych)
50 g cukru
3/4 łyżeczki soli
3 jajka
170 g masła
Dodatkowo:
jajko do posmarowania
około 300 g miękkiej marmolady o smaku różanym lub marmolady truskawkowej ewentualnie wieloowocowej
lukier pomarańczowy: 200 g cukru pudru, sok i skórka z pomarańczy, sok z cytryny, smażona skórka pomarańczowa lub konfitura pomarańczowaPotrzebne też będą
cienka szklanka lub metalowa obręcz do wycinania ciastek o średnicy 7,5 cm
Przepis
około 300 g miękkiej marmolady o smaku różanym lub marmolady truskawkowej ewentualnie wieloowocowej
lukier pomarańczowy: 200 g cukru pudru, sok i skórka z pomarańczy, sok z cytryny, smażona skórka pomarańczowa lub konfitura pomarańczowaPotrzebne też będą
cienka szklanka lub metalowa obręcz do wycinania ciastek o średnicy 7,5 cm
Przepis
- Drożdże, masło i jajka wyjmujemy wcześniej z lodówki aby się ociepliły. Masło kroimy na kawałki i tak ocieplamy. Ciasto najlepiej zagniatać mikserem planetarnym, w maszynie do wyrobu chleba, melakserze lub termomiksie.
- Z drożdży zrobić rozczyn - wymieszać ciepłe mleko, pokruszone drożdże, 1 łyżeczkę cukru i 1 łyżkę mąki, odstawić do wyrośnięcia na 10 minut pod przykryciem ze ściereczki. Rozczyn ma się dość mocno spienić. Naczynie z drożdżami można wstawić do garnka z bardzo ciepłą wodą, to pomoże drożdżom wyrosnąć. Gdy drożdże wypełnią już cały kubek, wstawić go do miski z mąką.
- Do większej miski przesiać mąkę, dodać cukier, sól i wymieszać. Następnie wlać rozczyn drożdży i wymieszać łyżką. Dodawać stopniowo jajka mieszając składniki drewnianą łyżką. Następnie wyrabiać ręką przez około 10 minut lub przez 7 minut za pomocą haka miksera (na 4 poziomie). Na koniec ciasto ma być gładkie.
- Następnie dodawać po kawałeczki miękkie masło, cały czas wyrabiając rękami (około 10 minut) lub miksując hakiem (około 7 minut). Na koniec mamy otrzymać elastyczne i błyszczące ciasto, które będzie odklejało się (ześlizgiwało) z ręki i boków miski. Przykryć ściereczką i odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia (ciasto znacznie się napuszy).
- Wyrośnięte ciasto uderzyć pięścią i szybko zagnieść ręką. Złączyć ciasto w jedną kulę (nie będzie sztywna), wyłożyć na blat podsypany mąką, przewrócić na drugą stronę i obtoczyć w mące. Dłońmi rozpłaszczyć ciasto na placek o grubości około 1 cm (ma nam wyjść 16 pączków), w razie potrzeby oprószyć blat i ciasto mąką aby ciasto się nie kleiło. Szklanką lub obręczą wyciąć pierwsze kółko. Rozpłaszczyć nieco w dłoni i na środek położyć pełną łyżeczkę marmolady. Złożyć kółko na pół, zlepić brzegi jak w pierogach a następnie zebrać łączenie w jednym miejscu. Ulepioną w ten sposób kulkę włożyć łączeniem do dołu do papilotki. Powtórzyć z resztą ciasta. Na koniec wycinki z ciasta zebrać w jedną kulkę i też wykorzystać.
- Papilotki z pączkami układać na blaszce z wyposażenia piekarnika z zachowaniem odstępów (zmieści się połowa pączków, resztę pieczemy w drugiej partii). Pączki odstawić na 1/2 godziny do podrośnięcia (ciasto mniej więcej dwukrotnie zwiększy objętość).
- Piekarnik nagrzać do 180 stopni C (góra i dół bez termoobiegu). Wierzch pączków posmarować roztrzepanym jajkiem (najlepiej ogrzanym w temp. pokojowej) i wstawić razem z blaszką do nagrzanego piekarnika do środkowej części. Piec przez 13 - 15 minut. Od razu wyjąć z piekarnika. Studzić przez około 10 minut, następnie polukrować. Upiec drugą partię pączków.
- Lukier pomarańczowy: do miseczki wsypać cukier puder, dodać skórkę startą z pomarańczy (około 1/2 łyżeczki), łyżeczkę soku z cytryny oraz sok z pomarańczy w takiej ilości aby otrzymać lukier o odpowiedniej gęstości. Wymieszać ze smażoną skórką pomarańczową lub konfiturą (około 2-3 łyżki).
Wskazówki
Ciasto można też zagnieść wieczorem, wstawić do lodówki na całą noc, a rano upiec pączki. W tym celu wyrobione ciasto przykrywamy folią i wstawiamy do lodówki na całą noc (ciasto najpierw urośnie, później opadnie). Rano wystarczy uformować pączki i odstawić na godzinę do wyrośnięcia w temperaturze pokojowej. Do ciasta "nocnego" można użyć drożdży instant (1 i 1/2 saszetki).sobota, 23 listopada 2013
Ciasteczka w kontekście
Czym dla mnie jest Wasabi? Blogiem kulinarnym, notatnikiem, pamiętnikiem...nie wiem. Czasami zaglądam na bloga jako do dużego, publicznego notatnika, czytam przepis, zamykam komputer. Ale innym razem, wpadam tylko na chwilę a zaczynam przeglądać stare posty i wracają wspomnienia. Moje, Moniki, nasze wspólne. Chwile radosne, smutne, śmieszne, ważne i błahe. I chociaż nie żyję po to aby jeść, a jem po to aby żyć, to gotowanie ma dla mnie kontekst i wypełnione jest wspomnieniami. Są chwilę, że z konieczności zjadam zupę z torebki i zagryzam batonikiem - bo tak trzeba. Ale prawda jest taka, że wolę aby te dni nie istniały. Wolę mieć czas i energię bo gotować dla siebie i dla bliskich. Prosto, szybko i smacznie i po domowego. Bez półśrodków i dodatków z "torebki".
Chyba...chyba, że jest to gorący kubek pomidorowy jedzony z Moniką pod namiotem, w trakcie wakacji nad morzem (całe 2 tygodnie na takim jedzeniu przeżyłyśmy). To "zupa", po która nadal zdarza mi się sięgnąć w sklepie, tylko i wyłącznie po to, aby wypić ją przeglądając gruby album zatytułowany "Łeba". Albo mielonka z puszki, która była podstawą najlepszego sosu "bolonese" na świecie, a tylko dlatego, że gotowaliśmy to na łódce i zjedliśmy na środku jeziora. Po mielonkę nie sięgam w domu, bo tak między nami, to bez dodatku mazurskiego powietrza i przechyłów to nie da jej się jeść. Da się za to jeść, siedząc na krawężniku, suchą kajzerkę i zapijać ją kefirem. Kolejny wakacyjny hit, który uprawiam w wiosenne i letnie poranki. Biorę psa, idziemy na długi spacer, po drodze kupuję bułę i kefir. Wybieram punkt na Sadach, Cytadeli albo Kępie Potockiej, pies biega a ja to śniadanie zjadam z głową pełną wspomnień.
Ciasteczka, na które przepis dziś zaprezentuje, też mają swoją historię. Robione rano, wiezione wiele kilometrów, tylko po to, by spędzić razem kilka godzin z okazji ważnego dnia. By usiąść w świetle lamp, gdy zmrok za oknem i rozmawiać. Ciepła herbata, gorzka kawa i czekoladowe ciasteczka. A wcześniej rosół i sałatka jarzynowa. Rok temu w tym dniu mama podała flaki, parę lat wcześniej zerwałam się z wujkiem, tatą i ciotecznym bratem na piwo, jeszcze wcześniej była impreza na której rozpijaliśmy domowe wino i zajadaliśmy paluszki. Masa wspomnień, żywych i wibrujących kolorami.
Dlatego też chyba piszę o jedzeniu, bo jest ono nośnikiem bardzo silnych wspomnień, które chcę zachować, które chcę dopieszczać i obracać w głowie raz po raz. I dla mnie na Wasabi jedzenie jest tylko dodatkiem do tego wszystkiego co przeżyłam, z kim się spotkałam i gdzie byłam.
A wracając do ciasteczek - są przepyszne. Maślane, nie za słodkie, przypominają w konsystencji shortbread. W ciemnej wersji pachną kakao i masłem, w jasnej maślano-waniliowo. Ja dodałam jeszcze wodę z kwiatów pomarańczy oraz wodę różaną by nadać im słodko-pudrowy charakter. W głowie pasuje mi dodatek lawendy albo skórki pomarańczowej a do kakaowej wersji suszonych wiśni z chilli albo podprażonych orzechów laskowych. Wariacji jest bez końca.
Rzecz ważna - robi się je w jednym naczyniu - malakser, mikser. Bez zagniatania, bez odstawiania, bez drżenia o bałagan! Cudownie!
Przepis pochodzi z książki "Nigella świątecznie", ciasteczka są jednak uniwersalne i nie trzeba świąt aby sprawić sobie przyjemność. Nigella oblewała je polewą czekoladową i obsypywała posypką, ja to pominęłam. Aby uzyskać wersję jasną i ciemną, podwajałam ilość składników. Przygotowując wersję jasną zamiast kakao dodałam zwiększyłam ilość mąki. W przepisie podaje składniki na 1 porcję.
Ciasteczka maślane świątecznej Nigelli
Źródło: Nigella świątecznie
Składniki:
250g miękkiego masła
150g drobnego cukru
40g kakao
300g mąki
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Wersja jasna:
Zamiast 40g kakao dodałam 40g mąki, Dodatkowo dodałam po jednej łyżeczce esencji waniliowej, wody z kwiatów pomarańczy i wody różanej (opcjonalnie)
Przygotowanie:
Piekarnik rozgrzewamy do 175 stopni, blachy wykładamy papierem do pieczenia.
W mikserze/melakserze umieszczamy wszystkie składniki i miksujemy aż do uzyskania jednolitej miękkiej, lepkiej masy. Ja postawiłam misę melaksera na wadze i używając tarowania dodawałem kolejne składniki a Nigella robi to tak -> klik
Z masy toczymy kulki wielkości średniego orzecha włoskiego i układamy je na blasze. Na jednej powinno zmieścić się 12 (ja upychałam po 16), tak by ciastka miały miejsce się rozlać.
Ciastka pieczemy 15 min, wyjmujemy i zostawiamy na 15 minut do przestygnięcia, po tym czasie przekładamy je na kratkę do całkowitego wystygnięcia.
Zimne ciastka przekładamy do szczelnego pojemnika i trzymamy do 5 dni...chociaż po 5 dniach to na dnie pozostają resztki zapachu i okruszki.
Smacznego!
Chyba...chyba, że jest to gorący kubek pomidorowy jedzony z Moniką pod namiotem, w trakcie wakacji nad morzem (całe 2 tygodnie na takim jedzeniu przeżyłyśmy). To "zupa", po która nadal zdarza mi się sięgnąć w sklepie, tylko i wyłącznie po to, aby wypić ją przeglądając gruby album zatytułowany "Łeba". Albo mielonka z puszki, która była podstawą najlepszego sosu "bolonese" na świecie, a tylko dlatego, że gotowaliśmy to na łódce i zjedliśmy na środku jeziora. Po mielonkę nie sięgam w domu, bo tak między nami, to bez dodatku mazurskiego powietrza i przechyłów to nie da jej się jeść. Da się za to jeść, siedząc na krawężniku, suchą kajzerkę i zapijać ją kefirem. Kolejny wakacyjny hit, który uprawiam w wiosenne i letnie poranki. Biorę psa, idziemy na długi spacer, po drodze kupuję bułę i kefir. Wybieram punkt na Sadach, Cytadeli albo Kępie Potockiej, pies biega a ja to śniadanie zjadam z głową pełną wspomnień.
Ciasteczka, na które przepis dziś zaprezentuje, też mają swoją historię. Robione rano, wiezione wiele kilometrów, tylko po to, by spędzić razem kilka godzin z okazji ważnego dnia. By usiąść w świetle lamp, gdy zmrok za oknem i rozmawiać. Ciepła herbata, gorzka kawa i czekoladowe ciasteczka. A wcześniej rosół i sałatka jarzynowa. Rok temu w tym dniu mama podała flaki, parę lat wcześniej zerwałam się z wujkiem, tatą i ciotecznym bratem na piwo, jeszcze wcześniej była impreza na której rozpijaliśmy domowe wino i zajadaliśmy paluszki. Masa wspomnień, żywych i wibrujących kolorami.
Dlatego też chyba piszę o jedzeniu, bo jest ono nośnikiem bardzo silnych wspomnień, które chcę zachować, które chcę dopieszczać i obracać w głowie raz po raz. I dla mnie na Wasabi jedzenie jest tylko dodatkiem do tego wszystkiego co przeżyłam, z kim się spotkałam i gdzie byłam.
A wracając do ciasteczek - są przepyszne. Maślane, nie za słodkie, przypominają w konsystencji shortbread. W ciemnej wersji pachną kakao i masłem, w jasnej maślano-waniliowo. Ja dodałam jeszcze wodę z kwiatów pomarańczy oraz wodę różaną by nadać im słodko-pudrowy charakter. W głowie pasuje mi dodatek lawendy albo skórki pomarańczowej a do kakaowej wersji suszonych wiśni z chilli albo podprażonych orzechów laskowych. Wariacji jest bez końca.
Rzecz ważna - robi się je w jednym naczyniu - malakser, mikser. Bez zagniatania, bez odstawiania, bez drżenia o bałagan! Cudownie!
Przepis pochodzi z książki "Nigella świątecznie", ciasteczka są jednak uniwersalne i nie trzeba świąt aby sprawić sobie przyjemność. Nigella oblewała je polewą czekoladową i obsypywała posypką, ja to pominęłam. Aby uzyskać wersję jasną i ciemną, podwajałam ilość składników. Przygotowując wersję jasną zamiast kakao dodałam zwiększyłam ilość mąki. W przepisie podaje składniki na 1 porcję.
Ciasteczka maślane świątecznej Nigelli
Źródło: Nigella świątecznie
Składniki:
250g miękkiego masła
150g drobnego cukru
40g kakao
300g mąki
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Wersja jasna:
Zamiast 40g kakao dodałam 40g mąki, Dodatkowo dodałam po jednej łyżeczce esencji waniliowej, wody z kwiatów pomarańczy i wody różanej (opcjonalnie)
Przygotowanie:
Piekarnik rozgrzewamy do 175 stopni, blachy wykładamy papierem do pieczenia.
W mikserze/melakserze umieszczamy wszystkie składniki i miksujemy aż do uzyskania jednolitej miękkiej, lepkiej masy. Ja postawiłam misę melaksera na wadze i używając tarowania dodawałem kolejne składniki a Nigella robi to tak -> klik
Z masy toczymy kulki wielkości średniego orzecha włoskiego i układamy je na blasze. Na jednej powinno zmieścić się 12 (ja upychałam po 16), tak by ciastka miały miejsce się rozlać.
Ciastka pieczemy 15 min, wyjmujemy i zostawiamy na 15 minut do przestygnięcia, po tym czasie przekładamy je na kratkę do całkowitego wystygnięcia.
Zimne ciastka przekładamy do szczelnego pojemnika i trzymamy do 5 dni...chociaż po 5 dniach to na dnie pozostają resztki zapachu i okruszki.
Smacznego!
Etykiety:
Ciasta i ciasteczka,
Na słodko,
Szybko i prosto,
Świątecznie
Subskrybuj:
Posty (Atom)